Fezz Audio Luna Mini – Mały gigant czyli Lampa dla Kowalskiego.

 

 

Ponad dwa miesiące temu opublikowałem recenzję Luny Evolution czyli najnowszej odsłony kultowego wzmacniacza lampowego Fezz Audio.   Opisywana przeze mnie Luna Evo, zdefiniowała na nowo optymalny wzmacniacz oparty o lampy EL34.

W tym samym czasie w ofercie producenta z Podlasia pojawił się mniejszy model Luny.  Luna Mini bo o niej mowa nie jest po prostu „mniejszą siostrą”. To inna filozofia dźwięku, inna topologia układowa w gruncie rzeczy zupełnie nowy wzmacniacz zamknięty w kompaktowej obudowie  który łączy z „większą”  Luną jedynie zastosowanie lamp EL34.

Uznałem, że opis Luny Evo byłby niepełny bez porównania  z mniejszym “wariantem”  czyli Luną Mini dlatego też chłopaki z Fezz Audio zgodnie z wcześniejszymi deklaracjami przesłali mi tenże wzmacniacz  do posłuchania.

Luna Evo ta pełnowymiarowa to klasyczny, wydajny układ Push-Pull, stworzony by być jak najbardziej uniwersalny, dając zarówno wystarczającą moc jak i całkiem dojrzałe i kulturalne granie.

Luna Mini to czysty układ Single Ended (SE). W świecie audiofilskim postrzegany jako rozwiązanie niemal mistyczne i zazwyczaj kojarzone z najwyższą kulturą barwy i mikro-dynamiką.

Zastosowanie lampy EL34 w tym układzie  oraz niewygórowana cena  wzmacniacza sprawia, że Luna Mini staje się „biletem wstępu” do krainy, w której dotychczas rządzili posiadacze drogich wzmacniaczy na 2A3 czy 300B. To propozycja dla Kowalskiego, który nie szuka wielkiej mocy z lamp lecz tej swoistej, lampowej magii w głośnikach.

Zanim przejdziemy do tego jak gra, warto zatrzymać się przy wyglądzie. Fezz przyzwyczaił nas do tego, że wzmacniacz nie musi być nudnym klockiem. Luna Mini, mimo swoich mniejszych gabarytów, zachowuje pełną linię stylistyczną marki. To urządzenie, które aż prosi się, by wyeksponować je na widoku. Prosta, elegancka forma i dwa podstawowe kolory do wyboru (czarny i srebrny) sprawiają, że to małe „chucherko” staje się interesującym elementem salonu. Nie dominuje przestrzeni jak potężne monobloki, ale przyciąga wzrok i budzi sympatię od pierwszego wejrzenia zaś mimo swoich 10 watów, gra bardzo dobrym dźwiękiem.

 

Luna Mini podobnie jak jego większy odpowiednik posiada sterowanie funkcjami takimi jak wybór źródła  i poziomu dźwięku za pomocą pilota. Wyposażony jest w układ opóźnionego startu i jeden port na karty rozszerzeń co szczegółowo opisywałem przy okazji recenzji Luny Evo.

Jak gra NOWA LUNA?

Do tego fajnie wyglądająca klatka ochronna oraz gniazdo Subout dla  subwoofera, dopełniają funkcjonalności .

O tym jak mi zagrała Luna Mini- przeczytacie poniżej.

Zestawiłem ją z dwiema seriami kolumn z Jarocińskiego Pylon Audio.  Jade 20 i Jade 10. Co ciekawe Lunka  dała radę w zestawieniu  ze stosunkowo mocnymi Jade 20 choć według mnie w dole pasma brakowało nieco dociążenia.  Prawdziwym strzałem w dziesiątkę okazało się zestawienie jej z Jade 10 .  To kolumny wręcz stworzone dla tego wzmacniacza. Grają bardzo dobrze z pięknym wglądem w wielkość i przestrzeń sceny, ale też bardzo precyzyjnie oddają barwę i brzmienia instrumentów, podkreślając dynamikę nagrań.

O kolumnach Jade 10 niebawem napiszę oddzielny tekst.

Właściwie cały mój ogląd tego jak gra Luna Mini  i jak wypada w porównaniu do większej Luny EVO, wykonywałem na tych kolumnach.  Tak więc punkt odniesienia jest dokładnie ten sam jeśli chodzi o przetworniki akustyczne.

Zacznijmy więc od początku.

Sposób w jaki Luna Mini potrafi odwzorować  instrumenty  akustyczne, to wyższa szkoła jazdy. Dzięki wyrównanej charakterystyce, wzmacniacz nie „krzyczy” żadnym pasmem, lecz czaruje nasyceniem i barwą.  Podłączyłem analogowy tor z przedwzmacniaczem gramofonowym Gratia Prestige MK2 (nowość w ofercie Fezza)  i wkładką Ortofon Quintet MC, a na talerz trafiły stare japońskie wydania jazzowe. To był strzał w dziesiątkę. Realizacje Rudiego Van Geldera, niezależnie czy mowa o Coltrane’ie, Milesie Davisie czy Wesie Montgomerym zagrały ciepłym dobrze nasyconym i barwnym, analogowym dźwiękiem.

Kontrabas- Ma naturalną fakturę, słychać nie tylko strunę, ale i pudło rezonansowe.  Do tego instrumenty są eksponowane w naturalnych proporcjach, tak więc pomimo ze to mini, scena i sposób jej prezentacji jest jak najbardziej pełno-skalowa.

Instrumenty dęte – Są prezentowane przekonująco i jeśli trąbka Milesa ma zagrać ostro i głośno tak ją usłyszycie, jeśli jednak ma być stłumiona lub zniuansowana to dokładnie taki jej wymiar odtworzy wam ten wzmacniacz.

Słuchałem także kilka płyt CD z muzyką klasyczną. Składy kameralne i symfoniczne, jak choćby  „Cztery Pory Roku” w wykonaniu Janine Jansen, to czysta przyjemność ze słuchania. Ta świetna realizacja “błyszczy”  i przez nieco cieplejszą sygnaturę staje się bardzo prawdziwa i ludzka w odbiorze. Aż trudno uwierzyć, że ze wzmacniacza o tak niedużej mocy  udaje się wydobyć przekaz tak otwarty i wybrzmiewający pełną paletą barw dźwiękowych.

Co interesujące w przypadku źródeł cyfrowych tak generowany przekaz bardzo zyskuje na tej lekko ocieplonej sygnaturze dźwięku.

Czas na zmianę klimatu i powrót do analogu. Na talerz gramofonu  kładę płytę – składankę z utworami  Jimiego Hendrixa.  Luna Mini pokazuje teraz drugą twarz, całkiem dynamiczną i zadziorną. Gitara Hendrixa  ma dociążenie i ten specyficzny „drive”, który sprawia, że klasyczny rock brzmi autentycznie.   Warto jednak wspomnieć o granicach. Luna Mini to sędzia sprawiedliwy, ale bezlitosny ponieważ tu realizacja ma znaczenie: Dobra płyta zagra wybornie, ale słaba realizacja zostanie obnażona w pierwszej minucie.

Ciężkie brzmienia – Jeśli szukasz „ściany dźwięku” i fizycznego uderzenia, to nie ten adres. Luna Mini stawia na strukturę barwę i niuans nie zaś na zmasowany atak.

Za to zaskoczyło mnie to, jak Luna Mini prowadzi dół pasma. Zapomnijcie o stereotypowym, „bułowatym” basie lampy z Chin.  Tutaj dół pasma jest selektywny i punktowy ale dosyć dynamiczny i rzekłbym obszerny choć  wciąż trzymany w ryzach.   Co ciekawe, w moim odczuciu Luna Mini gra cieplejszym i bardziej spójnym dźwiękiem  niż starsza, legendarna Mira Ceti na lampie 2A3.

 

 

Twoje własne brzmienie.

Ogromną zaletą Luny Mini jest jej podatność na zmiany lamp, czyli tzw. tube rolling. Lampy  EL34 są dość  popularne i relatywnie niedrogi do tego  dostępne w wielu wariantach od współczesnych produkcji po poszukiwane egzemplarze New Old Stock (NOS). Chcesz więcej ciepła i gęstości? Szukasz większej analityczności? Wystarczy zamiana lamp, by Luna Mini zmieniła swój charakter. To wzmacniacz, który rośnie wraz z Twoimi potrzebami i doświadczeniem, dając frajdę z eksperymentów przez długi czas.

Muszę na marginesie to podkreślić:  zestawienie w Lunce Mini lamp EL 34 od Słowackiego JJ jest strzałem w dziesiątkę. Podmieniałem je na  próbę na Elektro-Harmonix ale zamiana zdecydowanie wypadła in minus. JJ dają cieplejszą i dynamiczniejszą sygnaturę niż EH ale też wzmacniacz na JJ zyskuje dodatkowo prawie 2 W mocy.

Jak wypada w porównaniu do większej pełnowymiarowej Luny?

Na wstępie warto dodać, że w gruncie rzeczy porównujemy dwa kompletnie różne wzmacniacze. Pomimo tego, że oba nazywają się LUNA to charakter brzmienia jest  odmienny w każdym z nich.

Większa Luna Evo  gra dynamiczniej i oddaje bardziej analitycznie wszelkie niuanse i smaczki  obrazując większą przestrzeń nagrań. Ale nie znaczy to, że Luna Mini jest tu jakąś jego gorszą wersją.

Po prostu Luna Mini  pokazuje ten sam obraz nieco inaczej. Akcentuje barwę instrumentów czy wokali, które brzmią z niej wyjątkowo naturalnie. Odtworzy ciepły odcień wszelkich dźwięków jednak z nieco mniejszą dynamiką i zwiewnością niż jej większa siostra.

To z Luny Mini poczujesz prawdziwe “lampowe serce”, zaś w dużej Lunie, usłyszysz całą moc podwójnego układu lamp EL34.

Czy miałbym dylemat w wyborze pomiędzy nimi?

W pewnym sensie tak bo homogeniczność i zwarty dźwięk mniejszej Luny muszę konfrontować z większym napowietrzeniem, dynamiką i bardziej analitycznym wymiarem większej Luny.  Ponieważ słucham bardzo różnorodnej muzyki od delikatnego jazzu czy akustyki po rozbudowaną symfonikę i cięższe gatunki rocka dla mnie Luna Evo wydaje się być bardziej odpowiednia.  Za to Luna Mini zagra od razu dźwiękiem, który pokochacie za sposób odtwarzania wszelakich jazzowych czy typowo rockowych składów. Muzyka akustyczna czy też kameralne produkcje klasyczne brzmią wprost wyśmienicie. Jeśli jednak  chcecie zagrać mocniej, chcecie  by “ściana” gitar u Metalliki była gęsta to łatwiej będzie to uzyskać z dużej Luny.

Lampa dla Kowalskiego.

Luna Mini to według mnie idealny start w przygodę z Single Ended i ogólnie w świat wzmacniaczy lampowych. Za tak kulturalny dźwięk, kwota  6 500 zł wydaje się nie być wygórowana i jest to chyba obecnie najlepszy wybór na rynku w tym przedziale cenowym.  Za te pieniądze dostaniecie dźwięk bardzo dojrzały, spójny i „przyjemnie lampowy” w najlepszym tego słowa znaczeniu. Przypomina w brzmieniu szlachetne 2A3 co już samo w sobie jest komplementem.  Z tym tylko, że Luna Mini zaoferuje jednocześnie większą moc, lepsze nasycenie i dynamikę oraz równie wysoką kulturę brzmienia jak odpowiednik na 2A3.

 

 

 

Pamiętajcie jednak o jednym: aby w pełni docenić to, co ten wzmacniacz potrafi, potrzebne są relatywnie skuteczne kolumny. Gdy zapewnicie mu godne towarzystwo, mniejsza Luna odwdzięczy się dźwiękiem, którego nie chce się przestawać słuchać. To prawdziwa okazja dla każdego, kto kocha  ponad wszystko w przekazie muzycznym, barwę i ciepły klimat tworzony przez lampy.

W moim przekonaniu takim bardzo dobrym wyborem mogą być kolumny Jade10.

Zatem jeśli masz zamiar rozpocząć przygodę z lampami nie znajdziesz lepszego wzmacniacza na start. Jeśli zaś jesteś już obeznany z materią lamp elektronowych i dźwiękiem przez nie produkowanym to nadal dobry wybór pod warunkiem, że cenisz jakość, barwę i fakturę dźwięku a także „miodność” cieplejszej  strony  muzyki.

tekst i zdjęcia R Bajkowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *