Są płyty, które dla zespołów je nagrywających stają się pomnikowe. Use Your Illusion to album, który podobnie jak Physical Graffiti Led Zeppelin, jest najbardziej twórczym osiągnięciem muzycznym, pokazującym wszechstronność i kreatywność zespołu. Historia nagrania „Use Your Illusion I & II” to jedna z tych rockowych opowieści, w których ambicja, chaos, ego i geniusz idą ramię w ramię.
To moment, w którym Guns N’ Roses postanowili zbudować monumentalny pomnik w granitowej skale, mając do dyspozycji jedynie dynamit i rozstrojone gitary.


Wykuwanie pomnika
Po wydaniu „Appetite for Destruction” w 1987 roku, Gunsi stali się największym zespołem koncertowym świata. I jednocześnie grupą, która nie wiedziała, co zrobić dalej. Jak nie stać się karykaturą samego siebie? Sesja zaczęła się od katastrofy. Steven Adler, z powodu nałogu, nie potrafił zagrać najprostszych partii. „Civil War” to jedyny utwór na płytach, w którym go słyszymy. Nagranie jego partii zajęło dziesiątki podejść. Ostatecznie został wyrzucony, a na jego miejsce przyszedł Matt Sorum z The Cult, który przyniósł tak oczekiwaną „mechaniczną precyzję”.
Axl był nieznośnym perfekcjonistą. Miał obsesję na punkcie brzmienia perkusji. Sorum wspominał po latach, że spędził mnóstwo godzin, uderzając w werbel tylko po to, by inżynierowie dźwięku mogli przetestować setki różnych mikrofonów i ustawień. To dlatego werbel na Illusion jest tak potężny, niemal nienaturalny.
Axl Rose miał wizję i ambicję, by stworzyć najważniejszy manifest muzyczny. Jego manifest. Czuł, że formuła ulicznych hymnów już mu się przejadła. Gdy Slash na swoim Les Paulu grał soczyste riffy, Axl zaczął odpływać w stronę monumentalizmu. Słuchał Queen, Eltona Johna, Wings i Stonesów z epoki „Exile on Main St.”.
Marzyła mu się płyta totalna. Płyta taka, gdzie obok siebie zaistnieje rock, ballady, orkiestra i fortepian; gdzie w warstwie tekstowej wejdzie na inny poziom, znacznie głębszy; gdzie obok tematów politycznych pojawi się opowieść o paranoi i autodestrukcji.
A jak to wyglądało podczas nagrywania? Axl rzadko pojawiał się w studiu przed północą. Zespół często nagrywał podkłady w dzień, a on przychodził nad ranem i całkowicie zmieniał koncepcję, każąc np. dogrywać 10 warstw chórków. W ten sposób nagrał ponad 1200 ścieżek wokalnych do samego „November Rain”.
Co ciekawe, czasami jego wizje były nieco zwariowane. Na przykład w utworze „The Garden” słyszymy mroczny szept Alice’a Coopera. Jak do tego doszło? Axl po prostu zadzwonił do niego o 2:00 w nocy i zapytał, czy nie wpadłby czegoś nagrać. Cooper przyjechał, zrobił swoje i odjechał, zostawiając po sobie jeden z najbardziej psychodelicznych momentów na płycie.
Axl przejął nad produkcją pełną kontrolę. Stał się głównym sprawcą i właścicielem tego projektu. To on przesiadywał nocami w studiu, dopieszczając każdą nutę w „November Rain”, podczas gdy Slash i Duff traktowali początkowo ten utwór z dystansem. Problem polegał na tym, że wizja Axla rozsadzała ramy zespołu. Slash lubił proste gitarowe riffy, Duff był rozdarty między punkiem a rockiem, a Izzy Stradlin, serce i sumienie grupy coraz bardziej znikał w cieniu kolegów, nie akceptując dyktatury Rose’a.
Podczas tak dziwnej i długiej sesji nagraniowej, Axl z kolegami, a może już tylko wykonawcami jego wizji, nagrali ponad 30 utworów: od punkowego „Perfect Crime”, przez epickie „Coma”, aż po polityczne „Civil War”. To tylko potwierdzało, że wizję Axla dało się zrealizować.
Wygrał batalię o brzmienie, ale zaczął przegrywać walkę o zespół. To pęknięcie słychać w każdej sekundzie obu albumów. Z jednej strony mamy „You Could Be Mine” pędzący na sterydach, brzmiący jak bezpośrednia kontynuacja Appetite. To był świat Slasha i Izzy’ego: brudna ulica i bezkompromisowa energia. Z drugiej strony „November Rain” dziewięciominutowy, monumentalny utwór z orkiestrą, na który Axl uparcie nanosił kolejne warstwy, doprowadzając resztę muzyków do szewskiej pasji.
Podczas gdy Axl budował symfonię, Izzy nagrywał swoje partie i… znikał. Często podróżował po kraju swoim vanem, z dala od całego szaleństwa. To on nalegał na nagranie „Dust N’ Bones” i „14 Years”, które wprowadzają na płyty ten specyficzny, stonesowski luz, będący przeciwwagą dla ciężkich kompozycji Rose’a.
Różnice w postrzeganiu muzyki albo raczej wizji tego, jak ma wyglądać G’N’R, pokazują utwory „Coma” i „Estranged”. „Coma” to najdłuższy utwór w historii grupy, mroczna podróż Axla przez heroinowe uzależnienie i szpitalny korytarz. To był popis techniczny zespołu, ale tekstowo, totalny ekshibicjonizm Rose’a. Z kolei „Estranged” to moment, w którym Gunsi przestali być „rockandrollowymi gangusami” z Los Angeles, a stali się teatrem jednego aktora, Axla.
Gdzieś pomiędzy nimi zagubiony został „Civil War” ostatni utwór, w którym na bębnach zagrał Steven Adler. To utwór symboliczny: ambitny, polityczny, wielowarstwowy, a jednocześnie będący gwoździem do trumny starego składu. To tutaj Axl ostatecznie zrozumiał, że aby zbudować swoją wizję muzyki, musi zburzyć fundamenty na jakich zbudowani byli Gunsi.
Sesje i produkcja całości materiału na Use Your Illusion to jedna z najdroższych produkcji muzycznych. Nagrania trwały z przerwami od stycznia 1990 do sierpnia 1991 roku. Zespół wynajmował jednocześnie kilka topowych studiów w Los Angeles, co generowało gigantyczne rachunki. Dodatkowo podczas sesji Legendarny Bob Clearmountain (ten od Springsteena i Stonesów) został zwolniony, bo jego brzmienie… nie pasowało do wizji Axla. W wyniku tych zmian ostateczny szlif nadał Bill Price.
Nagrali ponad 30 piosenek, a każdy utwór wymagał setek godzin miksowania. Jeśli wliczyć teledyski, kwoty stają się astronomiczne. Sam klip do „November Rain” kosztował około 1,5 miliona dolarów, co na początku lat 90. było rekordem. Cała trylogia wideo („Don’t Cry”, „November Rain”, „Estranged”) kosztowała łącznie ponad 4 miliony dolarów.
Co interesujące, pomimo ogromnych kosztów, inwestycja zwróciła się błyskawicznie. Oba albumy, wydane na winylu, kasetach magnetofonowych i CD, w pierwszym tygodniu premiery sprzedały się w łącznym nakładzie ponad miliona egzemplarzy w USA, a cała trasa koncertowa przyniosła setki milionów dolarów zysku.


Trasa koncertowa – przeprawa przez dżunglę
Po nagraniu albumów ruszyła promocja. Płyta sprzedawała się doskonale, chyba najlepiej w historii zespołu. Ruszyła promocyjna trasa koncertowa Use Your Illusion Tour, trwająca bez mała dwa i pół roku. To nie była zwykła trasa. To był pochód przez dżunglę, z gigantyczną sceną wypchaną głośnikami i Axlem Rose’em, który przypominał pułkownika Kurtza z „Czasu Apokalipsy”, pięknego, genialnego i coraz bardziej odklejonego od rzeczywistości.
Lata 1991–1993 to ponad 190 koncertów na kilku kontynentach. Trzy godziny grania co wieczór i paraliżujące poczucie, że każdy występ może być ostatni. Może też być najlepszy w historii lub zakończyć się zamieszkami. I często, ku przerażeniu promotorów, kończył się wszystkimi trzema naraz.
Scena przypominała lotniskowiec, a zespół, załogę po miesiącu bez snu. Fortepian do „November Rain” wyjeżdżał na środek niczym ołtarz. światła oślepiały jak naloty dywanowe w Wietnamie, a zespół przypominał statystów w show Axla.
Slash wychodził, tnąc powietrze swoimi solówkami, po czym znikał we własnym świecie. Duff McKagan trzymał to wszystko w ryzach niczym oficer na tonącym okręcie, który wie, że nie wolno jeszcze krzyczeć „ratuj się, kto może”. Matt Sorum, który zastąpił Adlera, walił w bębny z taką furią, jakby chciał nimi zagłuszyć narastający chaos. Ludzie czasami czekali godzinami na rozpoczęcie show. Złość mieszała się z ekscytacją, bo każdy wiedział: jeśli Axl wyjdzie, wydarzy się coś wielkiego.
I wychodził. Spóźniony, wściekły, genialny. Ale bywało też tak, że jeden błysk flesza lub jakaś zabłąkana osoba w strefie ochrony doprowadzały do katastrofy. St. Louis czy Montreal w 1992 roku przeszły do historii nie z powodu muzyki, ale zgliszcz. Axl skaczący w tłum, bójki z ochroną, zejścia ze sceny po kwadransie i publiczność demolująca stadiony.
To nie były koncerty. To były raporty wojenne. W samym środku tej apokalipsy Izzy Stradlin po prostu powiedział „dość”. Wysiadł z tego „szalonego helikoptera” po cichu, bez dramatu. Wiedział, że jeśli zostanie jeszcze tydzień, po prostu oszaleje.
Zastąpił go Gilby Clarke w sumie świetny muzyk, ale przez fanów postrzegany był jedynie jako tło dla grupy. Koncerty z tej trasy były jak msze i egzekucje jednocześnie. Bywały wieczory magiczne, gdy „Estranged” sprawiało, że milkły stadiony, a „Civil War” brzmiało jak relacja CNN z końca świata. Ale bywały też wieczory pełne rzucania mikrofonami i awantur.
Nigdy nie wiedziałeś, co dostaniesz. Gdy trasa zakończyła się w 1993 roku w Buenos Aires, Guns N’ Roses już nie istnieli, choć nikt nie odważył się powiedzieć tego głośno. Slash był wypalony, Duff ledwo żywy, a Axl zamknął się w swojej fortecy paranoi na kolejne kilkanaście lat.

Use Your Illusion Tour był końcem pewnej epoki. Ostatnim momentem, gdy gwiazda rocka mogła być absolutnie nieobliczalna, a chaos był akceptowalną częścią sztuki. Potem przyszedł grunge, a thrash zaczął być muzyką stadionów. Tylko że ta nieprzewidywalność i buntownicza strona rocka zaczęły być kontrolowane przez koncerny muzyczne po to by nie powtórzyły się już takie ekscesy jak za G’N’R.
Jednak na początku lat 90. rock jeszcze wierzył, że jedynym sensem istnienia jest buntowniczo spłonąć na scenie w świetle jupiterów.
Gunsi spłonęli, ale potem na chwilę odrodzili się jak feniks z popiołów, zaś Use Your Illusion zostanie w historii muzyki na wieki, wykuta w granitowej skale czasów ostatnich wielkich stadionowych grup grających rock’n’rolla.