Dzisiaj opowiem wam historię jednego z moich ulubionych artystów. Muzyka, który zelektryfikował Jazz ale też w sposób nieprawdopodobny jeszcze na początku lat 60 rozsławił organy Hammonda, które zapewne większość kojarzy z brzmieniem Deep Purple czy kilku innych grup rockowych z lat 70.
Wyobraźcie sobie Filadelfię lat 50. W powietrzu unosi się zapach taniej kawy i drogiego tytoniu. W jednym z magazynów meblowych, niemal w całkowitej izolacji, pewien człowiek toczy walkę z elektromechaniczną maszyną do grania. Jimmy Smith, bo o nim mowa, nie przyszedł tam kupić kanapy. Wynajął tę przestrzeń, by przez rok, dzień w dzień, rozgryzać anatomię organów Hammonda.

Organy Hammonda
Historia organów Hammonda jest interesująca . Wynalazcą organów był Laurens Hammond, który wcale nie był muzykiem tylko zegarmistrzem i wynalazcą. Przed stworzeniem organów odniósł sukces, produkując synchroniczne zegary elektryczne. To właśnie technologia z jego zegarów stała się sercem instrumentu, który opatentował w 1934 roku. Chciał stworzyć tanie organy dla kościołów na amerykańskiej prowincji. W tamtych czasach wiele z kościołów nie mogły sobie pozwolić na drogie w utrzymaniu organy piszczałkowe. Hammond chciał stworzyć ich kompaktową i tanią alternatywę. Zamiast powietrza tłoczonego przez piszczałki, postanowił wykorzystać prąd elektryczny. Pan Hammond postrzegał swój wynalazek jako poważny instrument sakralny i klasyczny. Kiedy organy zaczęły hurtowo trafiać nie do kościołów tylko zadymionych klubów jazzowych, a później na rockowe sceny, jego reakcja była daleka od entuzjazmu. Choć osobiście nie przepadał za wykorzystaniem organów w muzyce rozrywkowej, z czasem zaakceptował to że największą popularność jego wynalazek zdobył nie w przestrzeni sakralnej tylko na scenach jazzowych, R&B a potem rockowych.

Laurens Hammond przy swoich organach.
Odkrywanie swojego brzmienia
Wracając do naszego bohatera, choć modeli organów Hammonda było kilka to Hammond B3 stał się standardem jazzowym właśnie dzięki Smithowi. W przeciwieństwie do dzisiejszych cyfrowych instrumentów, B3 był elektromechaniczny. W środku wirowały metalowe ząbkowane koła, które indukowały prąd w przetwornikach. Właśnie ten analogowy mechaniczny system nadawał to „żywe”, nieco „brudne” i potężne brzmienie. Jimmy przez rok opanował obsługę suwaków. Wyciągając je w odpowiednich konfiguracjach, tworzył dźwięk podobnie jak malarz mieszający farby. Jego słynne ustawienie to często wyciągnięte pierwsze trzy lub cztery suwaki, dając ten charakterystyczny, „tłusty” i „gęsty”, dół pasma.
Kiedy inni pianiści traktowali ten instrument jak kościelny substytut, Jimmy, syn właściciela nocnego klubu ujrzał w nim orkiestrę, sekcję dętą i basistę zamkniętych w jednej drewnianej skrzyni. Podobno gdy rozpracowywał organy schemat połączeń wewnątrz Hammonda rozrysował sobie na ścianie magazynu, by zrozumieć, jak wycisnąć z niego dźwięk, którego nikt wcześniej nie słyszał.
Bez legendarnego głośnika Leslie, Hammond brzmiałby płasko, jak zwykłe organy kościelne. Donald Leslie wymyślił system, w którym głośnik lub bęben przed nim, fizycznie wirował. Dźwięk „odbijał się” od ścian, tworząc naturalne wibrato i niesamowitą przestrzeń.
Jimmy nauczył się perfekcyjnie operować przełącznikiem prędkości wirujących głośników Leslie. Na wolnych obrotach dawało to dźwięk majestatyczny i szeroki, lecz gdy wchodził w kulminacyjne solo, przełączał na Fast a organy zaczynały niemal „wyć” z ekscytacji. To były czasy niepodzielnych rządów wzmacniaczy lampowych i nie inaczej było z nagłośnieniem organów Hammonda. Wzmacniacze w głośnikach Leslie były lampowe. Kiedy Jimmy rozkręcał głośność na maksa, lampy się nieco przesterowywały, dodając do brzmienia ten rockowy “brud” i drapieżność podobny do przesteru we wzmacniaczach gitarowych.
Początki kariery Jimmiego Smitha.
Zanim jednak stał się „The Incredible”, Jimmy był utalentowanym pianistą, ale …. Również i obiecującym bokserem. To właśnie na ringu nauczył się dyscypliny i pracy nóg, którą później przeniósł na pedały basowe organów. Dzięki temu mógł grać na organach przez kilka godzin bez przerwy, używając pedałów basowych z taką prędkością, jakiej inni organiści nie osiągali rękami. dlatego też Smith rzadko korzystał z usług basisty. Grał linie basu lewą nogą na pedałach nożnych, jednocześnie wspomagając się lewą ręką na dolnej klawiaturze organów. To dawało mu absolutną kontrolę nad pulsem i tempem utworu gdzie sam był sekcją rytmiczną i melodyczną jednocześnie
Gdy w końcu Jimmy Smith uznał, że o organach Hammonda wie już wszystko, wyszedł z tego magazynu i wszedł do studia Blue Note. Wtedy świat usłyszał coś, czego nie dało się zignorować. Alfred Lion, szef wytwórni, po usłyszeniu go po raz pierwszy miał powiedzieć: „To jest ósmy cud świata”. To nie był grzeczny jazz. To był The Incredible Jimmy Smith. On nie grał tylko atakował klawisze, wykorzystując technikę mocnego uderzania palcami w klawiaturę, sprawiając, że Hammond brzmiał ostro i nowocześnie. Ten drapieżny styl idealnie oddaje album” Crazy! Baby” gdzie Jimmy pokazuje swoją karkołomną zręczność, udowadniając, że organy mogą pędzić z prędkością światła.


Świetny pięciopak Jimmy Smitha z jego najciekawszymi płytami.

Studio i brzmienie
Rudy Van Gelder był jedynym człowiekiem, który potrafił okiełznać podczas nagrań w studiu potęgę Hammonda Jimmy’ego. To on zarejestrował rewelacyjny album „The Cat” , czy „Blue Bash” z niesamowitą sceną i przestrzenią emanującą z nagrań. Współpraca Van Geldera ze Smithem była specyficzna: Jimmy grał niesamowicie głośno. RVG musiał budować specjalne ekrany akustyczne wokół głośników Leslie, żeby dźwięk organów nie „przeyciekał” do mikrofonów perkusji czy gitary. Rudy wspominał, że Smith rzadko słuchał uwag. „On po prostu wchodził, odpalał maszynę i „odlatywał”.
Rudy Van Gelder lubił sterylność i niemal laboratoryjny sposób pracy w studio (pracował w białych rękawiczkach). Jimmy z kolei wnosił do studia energię ulicy, pot i brak kompromisów. Mimo to, to właśnie Rudy Van Gelder wymyślił po części brzmienie Jimmiego bo wiedział , jak ustawić mikrofony, by oddać ten charakterystyczny „klang” i dół, który Jimmy wygrywał nogami na pedałach. Wiele wczesnych sesji odbywało się pierwszym nieco nieformalnym studiu Van Geldera w salonie rodziców w Hackensack. Rodzice Geldera musieli często uciekać z domu, bo Jimmy i jego ekipa potrafili grać całą noc, zamieniając spokojne przedmieście w najbardziej gorący klub jazzowy na świecie.
Najlepszy okres
Muzyka Smitha była jak dobra, domowa kuchnia, sycąca, autentyczna i bez zbędnego zadęcia. Jedna z najbardziej znanych i rozpoznawalnych, płyta „Home Cookin’” idealnie oddaje ten klimat. Okładka z Jimmym stojącym przed „Lums’ Drive-In” w Harlemie nie była przypadkiem. Podobnie było z kultowym „Back at the Chicken Shack”. Na tym albumie Hammond stał się synonimem bluesowego „groove’u”, który powoduje że sam wystukujesz stopą rytm do muzyki. Słuchając tych nagrań, ma się wrażenie siedzenia w barze pełnym ludzi na rogu ulicy, gdzie zapach smażonego kurczaka miesza się z dymem papierosowym i smakiem amerykańskiego Bourbona.

Lata 60. to czas, gdy Smith stał się rozpoznawalną marką. Był już wtedy celebrytą, który potrafił spóźnić się na własny koncert, byle tylko “szpanersko” podjechać pod klub najnowszym modelem Cadillaca. Jego sesje przypominały najlepsze domówki w Harlemie. Być może stąd wzięła się swietna płyta czyli nieśmiertelne ”House Party” . To był czas czystej radości z improwizacji, której szczytem był album „Midnight Special” absolutne arcydzieło soulowego jazzu, gdzie organy Smitha ociekają „tłustym” brzmieniem .
Ale Jimmy miał apetyt by osiągnąć znacznie więcej. Chciał więcej popularności, chciał wielkości a a to zbiegło się z jego przejściem do wytwórni Verve. Kiedy połączył siły z aranżerem Lalo Schifrinem, powstał „The Cat”. To już nie był tylko klubowy jazz. To w czystej postacił film noir, w którym sekcja dęta ryczała jak ranny lew, a organy Jimmy’ego przemykały między dźwiękami z gracją drapieżnika.
Nic dziwnego, że jego styl idealnie pasował do kinematografii. Gdy Smith brał na warsztat tematy z „Goldfinger,” nadawał im drugie, mroczniejsze życie. Jimmy był fanem gadżetów i elegancji, więc rola „muzycznego Bonda” pasowała do niego jak ulał.
Smith był znany z tego, że nie znosił „słabych” muzyków. Jeśli ktoś w jego zespole nie trzymał rytmu, Jimmy potrafił przestać grać w połowie koncertu i publicznie zrugać kolegę z zespołu. Wymagał od innych tyle samo, co od siebie czyli absolutnego maksimum.
Jego karierą twardą ręką sterowała żona, Edna, która była również jego managerką. To ona pilnowała kontraktów i tego, by Jimmy zawsze lądował na cztery łapy, mimo swojego rozrywkowego trybu życia.
Okres Popowo- Soulowy
Smith nie bał się romansu z muzyką pop i soulem. Jego wersja „Got My Mojo Workin’” to czysta, elektryzująca energia. Smith był jednym z pierwszych jazzmanów, którzy zrozumieli potęgę show-biznesu. Rozumiał, że na scenie poza samą muzyką musi być show, swoisty rytuał. Kiedy nadeszły lata 70., Jimmy nie został w tyle. Koncertowy album „Root Down” zarejestrowany w Los Angeles, to absolutny fundament dla późniejszych pokoleń hip-hopowców i fanów acid jazzu. To tam Jimmy pokazał, że Hammond B3 potrafi być najbardziej funkowym instrumentem na planecie.
Dla tych, którzy uważali, że w studio wszystko jest „wygładzone”, odpowiedzią był album „Live in Hamburg”. Jimmy uwielbiał Europę, bo tu traktowano go jak boga.. Ciekawostką jest, że Smith rzadko kiedy był zadowolony z ustawienia głośników Leslie na koncertach. Potrafił przerwać występ, by osobiście przesunąć ciężką kolumnę o kilka centymetrów, szukając idealnego echa.
Choć Jimmy był królem jazzu, jego styl był tak „brudny” i energetyczny, że rockmani go uwielbiali.

Flirt z Rockiem
W 1968 roku Jimmy wystąpił na legendarnym Monterey Pop Festival obok takich potęg jak Eric Clapton czy The Who. Pokazał tam dzieciakom z pokolenia hippisów, że Hammond w rękach jazzmana potrafi być bardziej psychodeliczny i drapieżny niż gitary elektryczne.
Mało kto wie, ale Jimmy Smith zagrał solo na organach w tytułowym utworze na płycie „Bad” Michaela Jacksona. To właśnie on dodaje tego soulowego „brudu” w środku popowego hitu.
Bez Jimmy’ego nie byłoby brzmienia Jona Lorda z Deep Purple czy Keitha Emersona. To on pokazał im, że organy mogą być instrumentem solowym, który dominuje nad całym zespołem.
Były jednak chwile, gdy Jimmy zdejmował nogę z gazu. Prywatnie bywał trudnym człowiekiem, perfekcjonistą do bólu, ale gdy muzyka tego wymagała, potrafił być delikatny jak letni wiatr. Album „Softly as a Summer Breeze” pokazuje tę jego mniej znaną, liryczną stronę. Z kolei na „Blue Bash” jego gra to kwintesencja smaku i dialogu z gitarą Kenny’ego Burrella. Tu liczy się przestrzeń i ten charakterystyczny „klik” organów, który koi nerwy po ciężkim dniu.
Jimmy Smith nie tylko wprowadził organy do jazzu. On stworzył dla nich osobną planetę. Zmarł w 2005 roku, zostawiając po sobie setki naśladowców, ale nikt nigdy nie potrafił tak jak on sprawić, by ten ogromny, meblowy instrument płakał, śmiał się i krzyczał jednocześnie. Do dziś w każdym wirującym głośniku Leslie słychać echo jego genialnego uporu z tego filadelfijskiego magazynu.

Dorobek Jimmy’ego dzieli się na dwa wyraźne okresy które fani często porównują (niczym miłośnicy różnych roczników wina):
Era Blue Note (1956–1963): To tu Jimmy stał się „The Incredible”. W ciągu zaledwie 8 lat nagrał dla tej wytwórni około 40 sesji. To okres surowy, bluesowy, zorientowany na małe składy (trio) i tzw. hard bop. To tutaj narodziło się nowoczesne brzmienie organów jazzowych.
Era Verve (1962–1973): Przejście do Verve oznaczało większy budżet i bardziej „filmowy” rozmach. To tutaj nagrał swoje największe hity z big-bandami i orkiestracjami Lalo Schifrina czy Olivera Nelsona. Brzmienie stało się bardziej dopracowane, funkowe i przystępne dla masowego odbiorcy.
Późniejsze lata (Milestone, Elektra, powrót do Blue Note): Nagrywał aż do śmierci w 2005 roku. Jego ostatnim wielkim tchnieniem był album Dot Com Blues (2000), gdzie gościnnie wystąpili B.B. King i Etta James.
Kolekcjonerska Złota Dziesiątka
Jeśli ktoś chce mieć na półce esencję Jimmy’ego Smitha, te płyty są uznawane za absolutne fundamenty:
| Tytuł Albumu | Rok | Wytwórnia | Dlaczego to „Must-Have”? |
| The Sermon! | 1959 | Blue Note | Definicja jazzu soulowego. Epickie, długie improwizacje. |
| Back at the Chicken Shack | 1963 | Blue Note | Najbardziej „rozpoznawalny” groove Jimmy’ego. Kwintesencja bluesa. |
| Midnight Special | 1961 | Blue Note | Nagrany podczas tej samej sesji co Chicken Shack – absolutna perfekcja brzmienia. |
| The Cat | 1964 | Verve | Największy sukces komercyjny. Potężna sekcja dęta i styl „szpiegowski”. |
| Root Down | 1972 | Verve | Święty Graal dla fanów funku i hip-hopu (samplowany przez Beastie Boys). |
| Jimmy & Wess: The dynamic duo. | 1966 | Verve | Spotkanie dwóch gigantów: Smitha i Wes Montgomery’ego. |
| Crazy! Baby | 1960 | Blue Note | Za niesamowitą technikę i jedną z najbardziej ikonicznych okładek w historii jazzu. |
| Bashin’ | 1962 | Verve | Pierwszy album dla Verve, zawierający hit „Walk on the Wild Side”. |
| House Party | 1958 | Blue Note | Surowa energia nocnego grania, pokazująca Jimmy’ego jako lidera sesji. |
| Blue Bash | 1963 | Verve | Mistrzowski dialog z gitarą Kenny’ego Burrella. |
tekst i zdjęcia R Bajkowski