W historii jazzu jest wielu gitarzystów, którzy zmienili sposób gry na gitarze. Ale tylko jeden zrobił to z potrzeby chwili, dlatego że musiał w domu grać po cichu. To mój ulubiony gitarzysta tamtego okresu. Grał nastrojowo ale i w sposób bardzo melodyjny i nienatarczywy. Wes Montgomery nie wyglądał jak rewolucjonista w niczym nie przypominał choćby Jimiego Hendrixa. Nie miał wizerunku buntownika. A jednak jego gra, subtelna miękka, pulsująca, pełna ciepła do dziś brzmi jak coś, niezwykłego co pojawiło się znikąd jeden raz i nie da się powtórzyć.

To nie jest historia o błyskawicznej karierze ani o genialnym dziecku jazzu. To opowieść o ciężko pracującym człowieku, jego cierpliwości, o pracy wykonywanej po cichu, o muzyku, który zmienił język gitary, nie podnosząc głosu.
Kciuk zamiast kostki
Wes tak naprawdę nauczył się grać na gitarze mając 19 lat. Porzucił kostkę, bo jej dźwięk był zbyt ostry, zbyt nachalny. Grał kciukiem ciepłym, mięsistym, jakby gitara oddychała razem z nim. Ale to nie był tylko wybór brzmieniowy. To był wybór życia. Wszystkiego nauczył się sam. Przez lata ćwiczył po nocach gdy żona i siódemka dzieci spała. Starał się grać możliwie cicho. Zamiast kostką, grał uderzając w struny kciukiem co dawało nieco głuchy mniej natarczywy dźwięk , jego późniejszy znak rozpoznawczy. Słuchał płyt Charliego Christiana który był dla niego wzorem na początku przygody z gitarą. Słuchał jego gry z winyli. Zatrzymywał gramofon, cofał fragmenty, rozkładał frazy na czynniki pierwsze. Bez szkół, bez akademii, bez mentora stojącego nad głową. Tylko on, gitara i cisza nocy. W dzień pracował fizycznie jako spawacz. Wracał zmęczony, jadł kolację, czekał aż dom ucichnie. Wtedy siadał w kuchni i ćwiczył do świtu. Skale, akordy, oktawy. Te oktawy będące później jego znakiem firmowym. Nie były efektem objawienia lecz tysięcy godzin powtarzania tego samego ruchu, aż palce przestały być palcami, a stały się przedłużeniem myśli.
Bracia, rodzina i fundament
Zanim świat poznał Wesa Montgomery’ego, był on częścią rodzinego tria . Z braćmi, Buddym (wibrafon) i Monkiem (bas) – tworzył zespół, który grał dla ludzi podobnych do niego. Ludzi, którzy przyszli posłuchać muzyki po pracy najczęściej występując w klubie Missile Room. Nagrania „Montgomery Brothers” oraz sesje z George’em Shearingiem pokazują Wesa zakorzenionego w zespole, pozbawionego potrzeby dominacji. Współpraca z Shearingiem była ważnym krokiem, jego wejściem do świata muzyków z pierwszej ligi, do studiów, w których liczyła się dyscyplina i forma. Ale Wes pozostał sobą. Jego sola nie krzyczały, one mówiły: „chodźcie ze mną, pokażę wam jak muzyka może być piękna”.

Trio, groove i codzienność
The Wes Montgomery Trio A Dynamic New Sound to pierwszy wyraźny podpis pod własnym nazwiskiem, bez zbędnych ozdobników. Gitara, bas, perkusja. Czysta prosta forma jazzowego tria. Słychać tu już pełnię stylu Montgomery’ego: swing, blues, gospelowy puls i coś jeszcze, spokój. To jazz grany bez nerwowości, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Tu jeszcze nie słychać tego charakterystycznego brzmienia , które wydobył dopiero Rudy Van Gelder ale o tym będzie dalej. To czas gdy jego muzyka płynęła w przestrzeni pełna melodii i harmonii. Tak bardzo przyjemna do słuchania Groove Yard idzie tym samym tropem. To płyta pozornie zwyczajna, a przez to niezwykle ważna. Jazz jako codzienność, jako rzemiosło. Wes nie szuka tu nowego języka lecz mówi własnym, coraz pewniejszym głosem.

Rudy Van Gelder – człowiek, który nauczył Wesa brzmieć na płycie.
Nie sposób mówić o płytach Wesa Montgomery’ego bez wspomnienia Rudy’ego Van Geldera. To on odpowiadał za brzmienie większości jego kluczowych nagrań dla Riverside i Verve. Van Gelder był nie tylko realizatorem był współautorem dźwięku i w pewnym sensie brzmienia Wesa Montgomerego. Jego studio, najpierw w Hackensack, później w Englewood Cliffs, potrafiło uchwycić to, co w grze Wesa najważniejsze: ciepło, atak kciuka, naturalny sustain. Gitara Montgomery’ego na płytach Van Geldera nie jest ani zbyt bliska, ani zbyt odległa. Jest dokładnie tam, gdzie powinna być w centrum, ale bez nachalności. Geniusz tego realizatora w połączeniu z niebanalnym i świetnym sposobem gry Wesa, dał w konsekwencji wspaniale brzmiące albumy, których słucha się z wielką przyjemnością do dnia dzisiejszego. To dzięki Van Gelderowi oktawy Wesa brzmią jak chór, a pojedyncze dźwięki mają wagę ludzkiego głosu. Produkcje te nauczyły słuchaczy, jak powinna brzmieć gitara jazzowa na płycie. I do dziś są punktem odniesienia dla innych.
Na żywo, Full House i Half Note
Jeśli ktoś chce zrozumieć, kim naprawdę był Wes Montgomery, powinien posłuchać go na żywo. Full House i Smokin’ at the Half Note to dokumenty chwili, w której wszystko się zgadza. Johnny Griffin, saksofonista o drapieżnym brzmieniu mógłby łatwo zdominować scenę. A jednak Wes nie znika. Jego gitara nie konkuruje z saksofonem, tylko tworzy kontrapunkt. Smokin’ at the Half Note, nagrany z Wyntonem Kellym, to z kolei jazzowa rozmowa bez pośpiechu. Kelly prowokuje, Wes odpowiada. Paul Chambers i Jimmy Cobb trzymają całość w ryzach. Oktawy brzmią jak chór, zaś te dialogi to trochę opowieść snuta półgłosem pomiędzy dobrymi znajomymi.

Droga, ballady i ciszy.
Lata sześćdziesiąte to dla Wesa czas nieustannej podróży. Guitar on the Go brzmi jak płyta drogi gdy muzyk był w nieustannej w trasie, ale wciąż grający tak, jakby był sam w pokoju. So Much Guitar! pokazuje jego wokalną, melodyczną stronę. Wes nie improwizuje uciekając od harmonii, on ją opowiada. Solitude z kolei to moment wyciszenia. Ballady grane z niezwykłą delikatnością, jakby każda nuta mogła się rozpaść, jeśli zagra się ją zbyt mocno. To płyta do posłuchania późnym wieczorem. Oddaje dokładnie taki klimat w jakim Wes ćwiczył przez lata. Wes Montgomery nie wchodził na scenę, żeby kogokolwiek pokonać. Grał, słuchając. Dlatego tak dobrze odnajdywał się z innymi muzykami. Z Wyntonem Kellym, Paulem Chambersem i Jimmym Cobbem tworzył zespoły, które oddychały pełną piersią gdzie muzycy naprawdę mieli satysfakcję z grania. Ten pozytywny wymiar muzyki tak tworzonej słychać praktycznie na każdej płycie Wesa Montgomerego. Z Shearingiem uczył się dyscypliny i przestrzeni. Z braćmi – naturalności. To był jazz dialogu i intymnej rozmowy muzyków za pomocą instrumentów a nie pojedynku.

Bumpin’A Day in the Life i kompromis
Pod koniec życia Wes wszedł w bardziej komercyjny świat. jedne z ostatnich albumów nagranych przez Montgomerego Bumpin’ oraz A Day in the Life do dziś dzielą słuchaczy. Smyczki, aranżacje, Beatlesi. mam inne zdanie. Komercyjny wymiar tego albumu jest według mnie świetnym dopełnieniem muzycznej drogi Montgomerego. Gdy nagrywał tą płytę był już gwiazdą i rozpoznawalnym muzykiem zapełniającym duże sale koncertowe . Chciał wyjść ze swoim rozumieniem jazzu w szerszym bardziej komercyjnym repertuarze. Chciał dotrzeć do ludzi słuchających przebojowej muzyki środka. Jednak nadal w tym wszystkim było słychać ten sam kciuk, tą samą frazę, tą samą prawdę tego starego, dobrego Wesa. Po prostu, po latach chudych chciał zarabiać. Chciał utrzymać rodzinę. I nie widział w tym sprzeczności tylko naturalny rozwój.

Papieros jako metronom
Wes palił. Dużo. Papieros był przerwą między setami, chwilą skupienia, wentylem bezpieczeństwa. Intensywne życie, brak snu, długie trasy i odpowiedzialność za rodzinę kumulowały się w cichym napięciu. Organizm miał swoje granice. Problemy z sercem przyszły nagle. Wes zmarł w swoim domu w Indianapolis, rankiem 15 czerwca 1968 roku z powodu nagłego ataku serca. Miał wówczas 45 lat i był u szczytu swojej kariery. Tak jakby wyszedł z pokoju w połowie frazy. Jakby pisząc książkę, zostawił ją napisaną tylko do połowy z niedokończonym epilogiem.


Ostatni akord
Wes Montgomery nie był herosem. Był człowiekiem, który pracował w dzień, ćwiczył nocami, palił za dużo i grał tak, jakby każda nuta miała znaczenie. Współcześni gitarzyści grający synkopę czy swing wciąż grają „Wesa”, nawet jeśli o tym nie wiedzą bowiem wpływ tego muzyka na sposób gry czy artykulacji jest jak powietrze, niewidoczny, lecz wyczuwalny i niezbędny. George Benson przejął od niego oktawy i melodyczne myślenie. Pat Metheny nauczył się, że gitara jazzowa może – zaśpiewać. Larry Carlton, Lee Ritenour, John Scofield, oni wszyscy noszą w sobie montgomery’owski gen bo fraza w ich interpretacji i grze zawsze oddycha dokładnie tak jak u Wesa.
Ale wpływ Montgomerego sięga dalej do soulu, funku, popu. Pokazał, że technika nie musi być celem samym w sobie . Może być narzędziem do snucia muzycznej opowieści do budowania nastroju bez agresji, ciepło z wyczuciem każdej nuty . Dlatego dziś, nawet jeśli gitarzysta nigdy świadomie nie słuchał Montgomery’ego, gra jego językiem. Bo Wes zmienił sposób, w jaki gitara rozmawia ze słuchaczem. I może dlatego jego muzyka wciąż brzmi świeżo bo nie była budowana na ambicji ani na potrzebie dominacji. Była budowana na ciszy, melodii i uważności.
A takich rzeczy czas się nie ima.