Pat Metheny – Secret Story, muzyka do filmu, który nie istniał.

 

 

Są w historii jazzu płyty, które otwierasz jak dobrą książkę. I są takie, które raczej otwierają coś w tobie. Secret Story Pata Metheny’ego należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Album, który w 1992 roku wyszedł niby jako kolejna odsłona twórczości Metheny’ego, ale szybko okazało się, że to jest coś więcej.

Dźwiękowa opowieść zbudowana z wspomnień, inspiracji, podróży i emocji, których nie dało się zamknąć w zwykłym jazzowym formacie.

Taki rodzaj fantazji bardzo osobistej.

Metheny sam mówił potem, że Secret Story było dla niego jak zrobienie filmu bez kamer.

Najbardziej rozbudowane, najodważniejsze, najbardziej osobiste dzieło w całej karierze, koncepcyjna podróż przez muzyczne światy, które nosił w głowie od lat.

Nowy Jork, jesień 1991 , Manhattan i jedno z najważniejszych studiów nagraniowych świata czyli “The Power Station” wypełnione kablami rozstawionymi mikrofonami wieloma różnymi instrumentami, z całego świata, setkami nut i szkiców. Metheny pojawia się tam nie tylko z gitarami, ale z…  z głową pełną pomysłów i konceptem na niezwykłą opowieść.

Pomyśleć, że większość muzyków jazzowych komponuje, improwizuje, gra. Metheny tym razem zrobił to zupełnie inaczej, napisał cały wszechświat muzyki, od największych dźwiękowych przestrzeni po kameralne, ciche fragmenty. Zanim jeszcze ktoś uruchomił “record”  w studiu,  istniała doskonale wymyślona struktura.

Dramat, melancholia dzieciństwa, echa podróży, to coś jak pamiętnik pisany dźwiękiem.

Wyobraź sobie 80 muzyków i jedną wizję: Orkiestra jak z Hollywood, ale prowadzona tak, żeby nie przyćmiła gitary

To nie była płyta tria, kwartetu ani nawet typowego składu Pat Metheny Group.

Do studia zaczęli zjeżdżać muzycy z całego świata, perkusiści od rytmów południowoamerykańskich, sekcje smyczkowe, chóry, instrumenty etniczne, a nawet Toots Thielemans z harmonijką, która brzmiała jak głos pamięci wyciągnięty z niebytu.

Metheny w tej sesji opowiedział muzyką wszystkie swoje inspiracje: latynoskie rytmy, brzmienia Azji i Afryki, symfoniczny rozmach Jeremy’ego Lubbocka, rockowe zacięcie z wczesnych lat kariery.

Teoretycznie na papierze wyglądało to jak bałagan.

A jednak wszystko jest tu niezwykle scalone jakby te 80 osób grało jedną melodię, jedną emocję.

Metheny najpierw ułożył większość aranżacji na komputerze.

(Co ciekawe W 1991 roku, komputery którymi dysponował z dzisiejszej perspektywy były słabsze niż twój naręczny smarwatch.)

Dopiero potem przenosił to wszystko na partyturę czy instrukcje jak mają to zagrać żywi muzycy.

Podobno niektórzy muzycy przecierali oczy, widząc partytury:

„To mamy naprawdę zagrać…? Tak szybko?”

A Metheny w swoim stylu:

„Tak. Ale jak się nie uda, zrobimy wolniej.”

Ale ..udało się.

Dlatego Secret Story brzmi tak szczególnie bo  z jednej strony to była precyzyjna architektura, z drugiej, pulsujący, organiczny oddech orkiestry.

 

 

Album koncepcyjny?

Tak, ale nie taki, jak myślisz.

Nie ma tu fabuły, a jednak jest historia; nie ma bohaterów, a jednak są emocje

Secret Story często nazywa się concept albumem, ale nie ma tu wątku literackiego w stylu rockowych opowieści Floydów czy Genesis.

Koncepcja bazuje na emocjach.

To album o tym, jak działa pamięć.

Jak dźwięki przywołują obrazy.

Jak rytm przypomina serce, a melodia język, który znamy zanim nauczymy się mówić.

Metheny stworzył płytę o najbardziej osobistych historiach, które zwykle zostają niewypowiedziane.

Dlatego płyta brzmi jak wyimaginowany film, który zaczynasz oglądać oczami wyobraźni gdy tylko zaczną się pierwsze dźwięki z albumu.

Po premierze w 1992 roku świat krytyków był zgodny: to najbardziej ambitna płyta Metheny’ego,i jedna z najważniejszych płyt jazzowych lat 90.

To muzyczne osiągnięcie porównywane chyba tylko z dziełami filmowymi.

Album zgarnął Grammy ale ważniejsze jest to, że wciąż wraca się do niego jak do dobrej  literatury. Im więcej do niego wracasz, tym bardziej odkrywasz, że ta muzyka to naprawdę “sekretna opowieść” która nie opowiada swojej historii.

Ona opowiada twoją.

Tylko, że robi to….. dźwiękami.

1 thoughts on “Pat Metheny – Secret Story, muzyka do filmu, który nie istniał.

  1. Lepiej nie mogłes tej płyty opisac … dodam od siebie ze kazdy odnajdzie tu cos kawaĺałek samego siebie. Ze jest to płyta ponad czasowa . Ona zawsze pozostanie nową płyta .
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *