To czasy mojej młodości, czasy gdy jako nastolatek namiętnie słuchałem heavy metalu.
Dzisiaj te kapele nie robią pewnie takiego wrażenia a ja zaliczam się już do pokolenia “dziadersów” ale co tam.
Napisze o 3 albumach, które są … , dla mnie nadal fajne i słuchalne
Był taki moment w historii metalu, druga połowa lat 80, kiedy brzmienie tej muzyki było jak świeca zapalona z obu stron. Z jednej: pełny triumf heavy metalu i hard rocka, eksplozja stadionowych koncertów, MTV, sława, duże pieniądze, sceniczne widowiska. Z drugiej: coraz mocniejszy oddech nadchodzącego przełomu czyli trash i grunge, przemęczenie glam metalem, zbliżający się zmierzch epoki scenicznej przesady.
W tym krajobrazie powstają trzy koncertowe albumy:
Y&T – Open Fire Live
Dokken – Beast from the East
Lizzy Borden – Murderess Metal / Road Shock
Trzy różne spojrzenia na to, czym był ten bardziej melodyjny mniej ekstremalny metal na żywo: surowy klub, perfekcyjny stadion i teatralny spektakl.
A w tle trzy zupełnie inne podejścia do gitar, sceny i samej idei grania „na żywca”.

Y&T – Open Fire Live: żywioł, który pachnie klubem.
Y&T w późnych latach 80. funkcjonowali w rzeczywistości odrębnej od amerykańskiego snu o MTV. Choć korzeniami byli w USA to w Europie znaleźli najwierniejszą publiczność .Europa miała wtedy swoją własną metalową geografię: kluby, ośrodki kultury, festiwale organizowane przez lokalnych zapaleńców. To środowisko było mniej „błyszczące”, nie tak wielkomiejskie i stadionowe jak w USA ale częściej bardziej autentyczne.
Na Open Fire Live słychać dokładnie tę atmosferę i choć nagrania w części pochodzą z USA to właśnie europejska publika dawała im najwięcej energii.
Sekcja rytmiczna jest gęsta, dynamiczna, ale nie „wysterylizowana”. Wokale są mocne, ale nie spolerowane. Ale to co najważniejsze to gitary czyli żywioł, który nie boi się niedoskonałości
To zupełnie inny świat niż George Lynch z Dokken czy teatralne podejście Lizzy Bordena.
Brzmienie bardziej europejskie a więc ciepłe, mniej nasycone amerykańską kompresją.
Riffy budowane na energii, a nie na technicznej wirtuozerii.
Solówki są melodyjne, czerpiące jeszcze z hard rocka.
Timing tego grania lekko pływa, ale to właśnie tworzy charakter albumu.
Gitarzyści Y&T grali tak, jakby publiczność cisnęła się im na plecy: z autentyczną presją chwili, bez tej wyćwiczonej wirtuozerii, po prostu na luzie.
W zestawieniu z Dokken i Lizzy Borden brzmi to jak zapis czystego instynktu.

Dokken – Beast from the East: perfekcja, napięcie i koncert grany tuż przed rozpadem grupy.
W 1988 byli jednym z najbardziej profesjonalnych koncertowych zespołów glam/hard & heavy. Zarówno technicznie, jak i produkcyjnie. A jednocześnie był to zespół rozdarty konfliktem. Ten album to kapsuła czasu: Dokken u szczytu formy, ale chwilę przed pęknięciem. George Lynch w najlepszej kondycji w najlepszym dla siebie czasie, samuraj gitary. Bo jeśli gitary w Y&T to klubowy instynkt, Lynch jawi się jak chirurgiczna precyzja z charakterem zaś jego brzmienie jest ostre jak japońska katana, pełne harmonicznych zagrywek i technicznie nienaganne.
Solówki budowane z sekwencji technicznych, ale nie są zimne. Jego frazowanie jest jak ciągłe balansowanie między kontrolą a chaosem.
Riffy jak przystało na zespół z USA zwarte z rytmiką, która klei się idealnie z perkusją. Vibrato Lynch’a jedno z najbardziej charakterystycznych w metalu lat 80. W Beast from the East słychać też idealne zgranie Lyncha z Jeffem Pilsonem gdzie sekcja rytmiczna jest potężna, ale precyzyjna jak metronom. To zupełnie inny świat niż klubowa emocjonalność Y&T. To metal grany jak wielka maszyneria, ale wciąż z emocją.
Dokken byli częścią amerykańskiej metalowej elity: Mötley Crüe, Ratt, Queensrÿche, ostatnie stadium hard rockowej dominacji.
To scena, w której liczyło się wszystko naraz technika, melodie, wygląd, produkcja, i oczywiście koncertowa perfekcja.
Beast from the East jest jednym z najlepszych dokumentów tego świata.
Lizzy Borden – Murderess Metal / Road Shock: metal jako teatralny performance i czysta zabawa
Lizzy Borden zawsze stał na przecięciu heavy metalu, i teatralnego performance’u. W latach 80. funkcjonowali w niszy, ale takiej, która miała niezwykle oddaną publiczność. Obok W.A.S.P., Kinga Diamonda i Alice’a Coopera stanowili „sceniczną frakcję” metalu, tę, która koncerty zamieniała w opowieści i swoiste teatralne show.
Gitarzyści Lizzy Borden grali zupełnie inaczej niż Lynch czy ekipa Y&T:
Podwójna artyleria gitarowa, mocno inspirowana Judas Priest i wczesnym Iron Maiden.
Niezwykle dużo harmonii gitarowych, wzmacniających teatralny, „epicki” klimat.
Brzmienie bardziej piłujące, ostrzejsze, mniej sterylne od Dokken.
Solówki często neoklasyczne lub ostro dramatyczne jakby ktoś pisał muzykę do horroru klasy B i w tym wszystkim wyrazista rola gitary rytmicznej jako podstawy pod teatralny wokal Bordena.
To podejście idealnie działało na żywo: gitary tworzyły atmosferę, którą Borden mógł uzupełnić scenografią, rekwizytami, sztuczną krwią i aktorskim stylem.
Lizzy Borden należał do tej części sceny, która miała mniej wspólnego z ówczesnym mainstreamem, ale za to mogli robić to co chcieli z większą swobodą twórczą.
Gdy Dokken walczył o pozycje na listach przebojów, Borden walczył o wyobraźnię publiczności.
A więc te trzy albumy to trzy oblicza metalu albo trzy światy i trzy strategie na granie tego gatunku.
Y&T – to nie stadionowe a bardziej klubowe klimaty, spontaniczność, minimalnie surowe melodyczne gitary czyli realizm koncertu bez upiększeń.
Dokken -Amerykańska perfekcja, technika, wielka scena, drapieżna gitara Lyncha , precyzyjna czyli wersja heavy jako profesjonalna maszyna sceniczna.
Lizzy Borden – Teatr, maski, horror, widowisko ,gitary bardziej harmonijne, dramatyczne, wspierające show dające wersję metalu jako spektakl prawie teatralny.
Choć te albumy każdy z osobna, brzmią inaczej, dokumentują to samo zjawisko: metal drugiej połowy lat 80. był muzyką, która najpełniej wyrażała się na scenie.
To trzy różne fotografie jednej epoki, epoki, która nie wróci, ale na tych albumach żyje dalej, z całą swoją przesadą, autentycznością i skrzącymi się od iskier strunami gitar.