Cztery najważniejsze albumy Pink Floyd.

Dzisiaj chciałem zabrać was w podróż do lat 70. To nie będzie zwykła historyjka lecz opowieść o czterech albumach, które zdefiniowały tą bardziej intelektualną część muzyki rockowej mając równocześnie duży wpływ na kulturę masową, a jednocześnie powoli rozrywały od środka jeden z największych zespołów rockowych, grupę Pink Floyd.   Mowa będzie o okresie w którym “Floydzi” przeszli drogę od psychodelicznych eksperymentatorów do gigantów stadionowych, a w końcu do dyktatury jednego człowieka.

Początek zmian- The Dark Side of the Moon (1973)

 

Wszystko zaczęło się od bicia serca.

Zanim “Floydzi” weszli do Abbey Road, byli zespołem szukającym tożsamości po stracie Syda Barretta. Ale w 1972 roku coś „kliknęło”. Roger Waters wpadł na pomysł: zróbmy płytę o tym, co sprawia, że ludzie popadają w szaleństwo. Pieniądze, czas, śmierć, religia.  Czy wiesz, że te wszystkie głosy i dziwne oderwane dialogi, które słyszysz w tle nagrań to efekt wywiadów, które Waters przeprowadzał z ludźmi kręcącymi się po studiu? Rozdawał im kartki z pytaniami. Na jednej z nich było: „Kiedy ostatnio zachowałeś się agresywnie?”. Portier z Abbey Road odpowiedział tak genialnie, że trafiło to na płytę.

Muzycznie to był przełom  ponieważ zamiast długich, rozwlekłych improwizacji, dostaliśmy konkretne piosenki spięte w jedną całość. Gilmour grał tu swoje najbardziej ikoniczne solówki, a Alan Parsons (inżynier dźwięku) dokonywał cudów z pętlami magnetofonowymi . Ten album stał się ich błogosławieństwem i przekleństwem. Sprzedał się w takich ilościach, że muzycy z dnia na dzień stali się multimilionerami. I tu pojawił się problem: co robić, gdy osiągnęło się już tak dużo, co dalej gdy weszło się już, wydawać by się mogło na najwyższy szczyt?

Muzycznie był albumem „totalnym”.   “Floydzi” po raz pierwszy tak odważnie użyli syntezatora EMS VCS3 (słynne sekwencje w „On the Run”), który brzmiał jak nadchodząca przyszłość. Fundamentem jest tu niesamowita współpraca sekcji rytmicznej. Nick Mason grał oszczędnie, ale z ogromną przestrzenią, a Richard Wright wypełniał tło organami Hammonda i pianinem Rhodes, tworząc „miękkość”, której nieco brakuje późniejszym płytom. Wtedy jeszcze Waters wierzył w porozumienie. Teksty są uniwersalne i dotyczą każdego. Zespół był jeszcze jednością bo wszyscy mieli wspólny cel: udowodnić, że potrafią przetrwać bez Syda Barretta, robiąc coś równie ekscytującego muzycznie.

 

Duchy przeszłości – Wish You Were Here (1975)

 

Po sukcesie „Dark Side of the Moon” zespół był zmęczony ale i nieco wypalony artystycznie. Gdy ponownie weszli do studia zapanowała atmosfera apatii. Musieli nagrać coś równie dobrego jak “Dark Side…” ale brakowało im pomysłu. Richard Wright wspominał, że nikt nie chciał tam być.Eksperymentowali z nowymi brzmieniami  ale cały czas stali w miejscu. Zupełnie niespodziewanie przyszło olśnienie.  Wpadli na pomysł by nagrać album o braku obecności, o przemyśle muzycznym,  który wciągał jak maszyna, o tym, że ktoś zawsze traci i o winie wobec przyjaciela (Syd Barrett).

Podczas miksowania utworu „Shine On You Crazy Diamond” w studiu pojawił się gruby mężczyzna z ogoloną głową bez brwi. Nikt go nie poznał. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do nich, że to… Syd Barrett. Ich dawny lider, który stoczył się w swój schizofreniczny świat. Roger Waters podobno się rozpłakał. To było symboliczne spotkanie z „duchem”, o którym właśnie nagrywali album. Wright wspominał jego dziwne zachowanie gdy wstawał i mył zęby podczas sesji.

Na końcu Syd podsumował utwór o nim samym czyli “Shine On You…. powiedział “Brzmi trochę staro” i wyszedł ze studia. Nigdy później już się z nim nie zobaczyli.

Ten album był inny bo i stylistyka stała się bardziej przestrzenna, melancholijna.     Syntezatory Wrighta zaczęły dominować, tworząc gęsty, oniryczny klimat. To była próba odnalezienia ludzkiego pierwiastka w machinie przemysłu muzycznego, którą tak bardzo krytykowali w „Have a Cigar”. Co ciekawe w utworze zamiast Watersa zaśpiewał Roy Harper bo Waters nie był w stanie mentalnie zmierzyć się z  pastiszem na temat producentów muzycznych .

Wish You Were Here to  jeden z najbardziej „audiofilsko” brzmiących albumów Floydów. Dominują tu długie, czyste partie gitary Gilmoura z dużą ilością pogłosu i echa. Zapewne mało kto wie, że na początku pracy nad albumem nagrywano brzęk kieliszków z winem czy innych przedmiotów codziennego użytku. To właśnie z tej sesji pochodzi charakterystyczny szklany wstęp do “Shine On You Crazy Diamond”. Zaś sam utwór  to majstersztyk budowania napięcia. Warto zwrócić uwagę na cztery nuty Gilmoura (tzw. Syd’s Theme)  Widać jaki to muzyczny minimalizm mówiący więcej niż tysiąc słów. Wright używa tu syntezatora Minimoog, nadając całości niemal symfoniczny blask.

Podczas nagrań i niedługo po nich Waters zaczął dostrzegać, że sukces ich więzi. „Welcome to the Machine” to właśnie taki manifest pokazujący jego odrazę do przemysłu muzycznego. Zaczął czuć, że ludzie nie słuchają muzyki, tylko konsumują produkt, nie rozumieją przekazu tylko celebrują widowisko.

 

Polityczny manifest  – Animals (1977)

 

W tym samym czasie brytyjska scena muzyczna została przorana punk rockiem, a sama Anglia pogrążała się w chaosie kryzysu, bezrobocia, inflacji i strajków.

Młodzi gniewni z Sex Pistols nosili koszulki z napisem „I hate Pink Floyd”. Roger Waters, zamiast się obrazić, przyjął wyzwanie. Może właśnie dlatego “Animals” to najbardziej surowy, „brudny” i zarazem polityczny w wymowie, album grupy.

Zniknęły ładne melodie i gwiezdny pył. Zastąpiły je długie, jadowite kompozycje oparte na orwellowskiej wizji totalitarnego społeczeństwa podzielonego na psy, świnie i owce.

Na “Animals” brzmienie staje się suche, surowe i bardzo bezpośrednie i właśnie takie miało być, Miało być organiczne prawie koncertowe i jak najmniej studyjne .Co interesujące to pierwszy album nagrany w ich własnym studiu Britania ROW w Londynie. Ale to powodowało, że nie było już zewnętrznych producentów. Nic już nie powstrzymywało Watersa od realizacji swojej wizji.  Ale też ten album to w dużej mierze  popis Davida Gilmoura, który pokazał na nim inny wymiar gitary.  Jego gra była drapieżna, pełna agresywnych podciągnięć i surowego brzmienia.  W „Dogs” brzmi niemal jak szczekanie psa.  Zniknęły żeńskie chórki i saksofony, zniknęły faktury syntezatorów.

Zespół brzmi tu jak trio rockowe z doklejonymi pasażami klawiszowymi. Wright został zepchnięty do roli tła, co było początkiem jego końca w zespole.

Alienacja Watersa postępowała dalej a on sam stawał się politycznym kaznodzieją stawał się cyniczny, konfrontacyjny stawał się oskarżycielem kapitalizmu, korporacji i sukcesu za wszelką cenę.

Podczas trasy „In the Flesh” (1977) jego frustracja sięgnęła zenitu. Zaczął nienawidzić stadionów. Drażniły go petardy, krzyki „gramy Dark Side!” i fakt, że publiczność pije piwo, zamiast chłonąć jego teksty o upadku kapitalizmu. Wtedy narodził się pomysł na jeden z najciekawszych koncept albumów końca lat 70- “The Wall”.

Wróćmy do albumu Animals.  Słynna sesja zdjęciowa na okładkę płyty w Londyńskiej  elektrowni Battersea zakończyła się skandalem. Wielka, nadmuchiwana świnia widoczna na okładce albumu zerwała się z uwięzi i dryfowała nad miastem, paraliżując ruch lotniczy na lotnisku Heathrow. Piloci zgłaszali wieży kontrolnej: „Eee, właśnie minęła nas wielka różowa świnia”. co w pewnym stopniu była ironią “Floydowskiego” – odlotu. ( akurat ta na zdjęciu z okładki albumu była “dorysowana”  podczas opracowywania zdjęcia, bo przecież oryginał odleciał!)   To również wtedy Waters zaczął przejmować całkowitą kontrolę nad produkcją i stroną artystyczną grupy. Relacje w zespole stały się chłodne niczym betonowe ściany elektrowni Battersea.

 

Budowanie muru – The Wall (1979)

 

Punktem zwrotnym był koncert w Montrealu w 1977 roku. Waters, zirytowany zachowaniem fana, splunął mu w twarz. To przerażające doświadczenie uświadomiło mu, że między nim a publicznością wyrósł mur.

To właśnie wtedy po koncercie w zaciszu hotelowym rozmawiał z producentem Bobem Ezrinem  o swojej frustracji i tym jak bardzo jest zawiedziony reakcjami fanów.

„Nie chcę już tego robić. Nie chcę stać przed tymi ludźmi. Chcę zbudować mur między nami a nimi. Chcę, żeby fizyczna bariera oddzieliła mnie od tego ryczącego tłumu, który w ogóle nie rozumie, o czym śpiewam”.

Tak narodził się “The Wall.”

Nagranie albumu i cała koncepcja to już niemal solowy projekt Watersa, przy ogromnym (choć niedocenianym wtedy) wsparciu Gilmoura. Stylistyka zmieniła się drastycznie i stała się bardziej teatralna, momentami wręcz operowa. Pojawiły się orkiestracje, chóry dziecięce („Another Brick in the Wall”) i bardzo mocny nacisk na narrację.

Podczas nagrań Waters wyrzucił z zespołu Richarda Wrighta. Paradoksalnie potem gdy “Floydzi” byli w trasie promującej album to Wright był jedynym członkiem Floydów, który zarobił na trasie koncertowej „The Wall”.  Bo jako jedyny nie był już partnerem w firmie i zespół musiał płacić mu stałą gażę, podczas gdy reszta muzyków ponosiła ogromne straty finansowe związane z budową gigantycznej dekoracji muru na scenie i nietrafionymi operacjami finansowymi.

Muzycznie to odejście od klasycznego Floydowskiego  rocka progresywnego.

Produkcja jest sterylna i potężna zaś wysiłki realizatorskie Jamesa Guthrie  w pracy nad jej nagraniem zostały docenione w 1980 roku przyznaniem mu nagrody Grammy za najlepsze nagranie nieklasyczne. Słyszymy więcej efektów dźwiękowych takich jak helikoptery, tłuczone szkło, płacz dziecka. Bas Watersa staje się prosty, niemal marszowy, co potęguje wrażenie totalitaryzmu o którym opowiada album. Gilmour dostarczył tu jednak swoje opus magnum najbardziej emocjonalną solówkę w historii rocka w utworze „Comfortably Numb”, która jest kontrapunktem dla chłodnego stylu Watersa. Zresztą obaj panowie kłócili się co do tego jak utwór powinien brzmieć. Waters chciał by był bardziej balladowy zaś Gilmour chciał by był ostry i rockowy. W konsekwencji dostaliśmy genialne ponadczasowe dzieło.

Podczas koncertów Waters chciał dosłownego odseparowania się od ludzi. Na scenie między zespołem a widownią budowano ścianę z kartonowych cegieł.  Czuł się tak wyobcowany, że w pewnym momencie chciał, by na scenie występowali ludzie w maskach imitujących twarze muzyków (co zresztą częściowo zrealizowano). Dla niego publiczność stała się „tłumem owiec”, który trzeba pouczać, a nie bawić.

Zaraz po zakończeniu trasy zespół praktycznie przestał istnieć w swoim pierwotnym składzie. Nagrali jeszcze jeden album „The Cut” ale to już był łabędzi śpiew Watersa.

 

Co zostało z tej historii?

 

Zmiana brzmienia z marzycielskiego na agresywne i narracyjne wynikała bezpośrednio z utraty empatii Watersa wobec słuchacza. Na Dark Side Roger mówił „my”. Na The Wall mówi już tylko „ja”.

Richard Wright  dodawał koloru i klimatycznych syntezatorowych faktur. Jednak gdy Waters zaczął go marginalizować (bo Wright nie pisał tekstów i w okresie nagrywania The Wall był w depresji), muzyka straciła swoją głębię i ciepło, stając się z czasem twarda i jednowymiarowa jak ceglany mur.

Waters przestał myśleć o Pink Floyd jako o zespole grającym muzykę, a zaczął myśleć o nich jako o narzędziu do przekazywania jego wręcz filmowych, wizji. Muzyka stała się służebna wobec scenariusza tworzonego w jego głowie.

Te cztery  albumy to zapis rozpadu przyjaźni na rzecz wielkiej sztuki. Zaczęli jako zespół, skończyli jako firma zarządzana przez wizjonera-dyktatora, Watersa. Ale to właśnie  napięcie między bluesowym feelingiem Gilmoura a literacką wyobraźnią  Watersa stworzyło magię, której nikt nigdy nie podrobił.

 

Dlatego te cztery albumy zmieniły Pink Floyd. Zmieniły też muzykę rockową pokazując, że rock może być inteligentny, może mieć kilka poziomów narracji do których dociera się po czasie.

“Floydzi” pokazali, że można zbudować  widowisko i  muzyczny przekaz, który wychodzi poza granice typowego koncertu rockowego zbliżając go do opery czy też do czegoś przypominającego teatralny spektakl.

Ceną tego był jednak rozpad grupy i choć Pink Floyd później z powodzeniem kontynuował karierę już bez Watersa to jednak był to już inny wymiar “Floydów”.  Bardziej komercyjny i stadionowy i chyba mniej intelektualny.

Zatem – posłuchajmy czterech albumów z chyba najciekawszego okresu działalności grupy.

 

Jeśli chcesz poczytać więcej na temat “The Wall” i tego co ma do tego albumu, film “Star Wars” –  przeczytaj :

Co mają “Gwiezdne Wojny” do “Ściany”, Floydów?

 

Tekst i zdjęcia R Bajkowski.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *