Nostalgiczne muzyczne widoki.

Zima 1983 roku.

Mam 15 lat.

Jaruzelski, Stan Wojenny za chwilę się skończy.

Wojska już nie ma na ulicach.

Codzienne życie wydaje się wtedy mało ciekawe, szaro-bure.

Choć dla mnie akurat było kolorowe i interesujące.

Wtedy „odkryłem” muzykę w radiu które eksplodowało polskim rockiem.

Jadę z  moim ojcem „małym fiatem” przez noc.

Za oknem „kaszlaka” zamieć, ledwo coś widać.

Silnik „męczy” na niskich obrotach a prędkość to oszałamiające 40 km/h bo o zimowych oponach jeszcze wtedy nikt nie słyszał.

Włączam radio Safari.

Z małego głośniczka pod deską rozdzielczą, słuchać program III i własnie leci jakiś wolny gitarowy kawałek.

Fajna nastrojowa gitara i tekst jak z powieści Raymonda Chandlera.

W tle utworu zbita szyba i urwany koci „miałk”.

Strzał.

Tak zapamiętałem i pierwszy raz usłyszałem kawałek „Private Investigation” Dire Straits.

Jak ja lubiłem ten utwór.

Ten sam rok.

Stoję na  ulicy w szary pochmurny marcowy dzień.

Zerwałem się ze szkoły i poleciałem pod Empik na Marszałkowskiej by stanąć w ogromnej kolejce.

Kolejka zaczyna się przy ulicy Moniuszki wiec ma prawie 200 metrów.

A w Empiku swoją pierwszą studyjną czerwoną płytę,  podpisuje TSA.

Trzy Zapałki, Nocny Sabat wtedy to były kawałki które znałem tylko z radia.

Za chwilę będę miał płytę , winylową płytę z podpisami i oba utwory popłyną z mojego gramofonu.

Nie ważne że to tylko popularny  Artur.

Ale jaka muza!!!!

I jaka płyta!!!!

Jazz Jamboree 1985

Zupełnym przypadkiem dostałem karnet na wszystkie koncerty.

Znajomy mamy zajmował się realizacją techniczną koncertów.

Dał mi karnet i powiedział ” idź, będzie fajnie może ci się spodoba”

Jazz, hm?

Nie był to wtedy gatunek muzyki który by mnie jakoś specjalnie pociągał.

Miałem jedną płytę, pamiątkę po wujku który kilka lat wcześniej wyjechał do Stanów.

Był fanem jazzu i została po nim płyta „Astigmatic” Komedy.

A jazz był wtedy dla mnie….

Dziwnie pokręconymi  rytmami, plumkaniem fortepianu i błądzeniem dźwięków naokoło  linii melodycznej.

Pomyślałem że i tak nie mam co robić więc się przejdę  do Sali Kongresowej w PKiN i posłucham tego co grają.

String Connection z Krzysztofem Ścierańskim i…..

Wayne Shorter.

Amerykański saksofonista zagrał jako ostatni tego wieczoru.

Zagrał bardzo przejmujący koncert.

Choć z tego występu pamiętam tylko wrażenia.

Swoisty zapis emocji , jakiegoś stanu ducha.

Wrażenia  smutnego, bardzo żarliwego, a nawet histerycznego  grania.

Niesamowite przeżycie.

Koncert kończy się dobrze po północy.

Wracałem więc przez nocną Warszawę.

Idę na piechotę z Sali Kongresowej  do domu na Warszawskiej Woli.

Wraca ze mną jeszcze kilkadziesiąt osób bo na autobus nocny trzeba było zbyt długo czekać.

Cały czas to co usłyszałem nie dawało mi spokoju.

Ta muzyka, ten saksofon i dziwny bardzo emocjonalny przekaz.

Potem dowiedziałem się że w dniu gdy Shorter grał tenże koncert, tuż przed nim dowiedział się że zmarła jego córka.

Nie zerwał koncertu.

Zagrał.

I zostawił swoje emocje głęboko w mojej duszy.

1987 rok Katowice.

Jestem na koncercie kapeli Metallica.

Już wtedy kultowej, choć chłopaki dopiero zdobywali szczyt by niedługo stać się megagwiazdą.

Nie mam biletu ale jestem w Spodku.

Zobaczę ich na żywo.

I oglądam oba koncerty.

Dzień wcześniej wieczorem razem z „ekipą” idziemy na Okęcie przywitać kapelę.

Chłopaki wychodzą ze starego terminala ubrani w skórzane ramoneski.

Kirk ma na nosie okulary ze szkłami wielkości denek od butelek!!

Uwierzycie?

Szok!!!

Jak taki gitarzysta może nosić okulary?

Kolesie zaskoczeni że są fani, że ktoś ich wita na lotnisku w tym „dzikim” kraju.

Przed autobusem który ma ich zabrać do Katowic częstują nas „whiskaczem”.

Pijemy z gwinta.

Jestem na koncercie Metalliki i mam „badge” od road managera.

Mamy go w 4 osoby bo „zderzyliśmy” się z kapelą w Katowickim hotelu Warszawa.

Wtedy ich manager dał nam wejściówki na koncert.

Dla nich, dla Metalliki to rozgrzewka przed dużą trasą po Europie.

W Katowicach pierwszy raz w życiu, grają dla 10 000 ludzi.

Dla nas Metallica to już wtedy była legenda.

I „Orion”.

Do dzisiaj z obu koncertów  pamiętam tylko.. Orion.

Jedyny kawałek instrumentalny z promowanej na trasie płyty „Master of Puppets”.

Gitara brzmiąca jak organy Hammonda i perkusja tocząca ten utwór jak czołg.

Metallica już zawsze będzie Orionem.

   

Po co to wszystko piszę?

Ponieważ uświadamiam sobie że na nasze muzyczne preferencje, przynajmniej na moje, wpływ ma to czego jako fan doświadczałem słuchając radia, oglądając koncerty,  czy celebrując płyty.

Moja droga do takich a nie innych muzycznych wyborów, do płyt jakie kupuję obecnie, do muzyki jakiej słucham, wiodła przez pewnego rodzaju inicjacje.

Ale bez nich, bez muzycznych doświadczeń które mocno ukierunkowały moje preferencje.

Bez tych kilku zapisanych w pamięci stop klatek z podróży poprzez różne style.

Czy mógłbym dzisiaj słuchać  mojej muzyki?

Każdy ma swoje muzyczne opowieści.

Każdego z nas  zaprowadziły w przeróżne strony.

Mnie w okolice rocka, metalu ale  przede wszystkim,  jazzu i muzyki instrumentalnej.

Was może zupełnie gdzie indziej.

Jakkolwiek, sądzę że  były to inspirujące doświadczenia.

Kończę więc tę nostalgiczną podróż przez moje muzyczne inicjacje.

Ciekawe jakie są wasze?

Może napiszecie?

 

Tekst R Bajkowski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

2 thoughts on “Nostalgiczne muzyczne widoki.

  1. Pamiętam ten koncert w Spodku.Piękne czasy.Milicjant zabrał bratu gorzałę Wzięli nas do nyski i przejechali po plecach 75. Wòdke zabrali.Puścili nas na szczęście na koncert. Koncerty niezapomniane mieliśmy cekinowane katany i pieszczoty na rękach pod sceną wrzało.

    1. No to ty miałeś bardziej ekstremalne doświadczenia. Ale pamiętam że śląska milicja w tamtych czasach nie różniła się od ZOMO. Na tego typu imprezach jak Metalmania czy koncerty kapel heavy metalowych zawsze musieli komuś dowalić. Koncert rzeczywiście rewelacyjny. Miło że przeczytałeś i dzięki za odwiedziny

Komentarze są wyłączone.