Dobry jazz z czarnego krążka.

Dzisiaj chciałem wam zarekomendować kilka płyt, których lubię słuchać, kilka winyli, które warto mieć w swojej kolekcji.

To trochę jazzu jaki jest akceptowalny również dla osób nie słuchających tego gatunku muzycznego na co dzień.

I co ważne zarówno płyt jak i wykonawców biorących w ich nagraniu w mojej opinii warto słuchać właśnie z czarnych krążków.

Dlaczego?

Bo po prostu w takiej formie fajnie brzmią.

 

 

ALTO MADNESS.

Dwa saksofony altowe grajce sobie solo a czasami w dialogu, za to bardzo przyjemną muzykę.

ALTO MADNESS to płyta nagrana w roku 1957, dla wytwórni Prestige.

Jackie McLean i John Jenkins kiedy spotkali się w New Jersey by dokonać tych nagrań na opisywaną płytę, nie wiedzieli jak różne będą potem ich drogi artystyczne.

McLean będzie grał z największymi sławami Amerykańskiego jazzu jak Ornette Coleman, Dexter Gordon, Freddie Hubbard, a tacy perkusiści  jak Tony Williams czy Jack DeJohnette właśnie z nim  robili pierwsze kroki w drodze do uznania i sławy.

John Jenkins choć w latach 50-tych zaczynał z Mingusem czy Artem Farmerem, ostatecznie na początku lat 60-tych porzucił muzykę by zajmować się zupełnie odległymi od jazzu zajęciami, jednak pod koniec życia powrócił do saksofonu i często można było go spotkać i posłuchać w latach 80-tych na ulicach Nowego Yorku.

Alto Madness to świetny kawał jazzu z końca lat 50-tych a płyta jest całkiem przyjemnym jam session.

Jestem przekonany że ten rodzaj muzyki „zapali” uśmiech na waszych twarzach, bo  fantastycznie umila zapłakany deszczem, niedzielny poranek.

Warto więc sięgnąć po ten album  McLean’a i Jenkins’a.

 

 

 

THE JAZZ CRUSADERS.

Lubię stary jazz  bo jest  pełny melodii nieprzekombinowany,  po prostu dobrze wchodzący w „uszy”.

Płyta, która należy do tej kategorii  to  koncertowy album z 1962 roku formacji The Jazz Crusadersat the Lighthouse nagrany dla wytwórni Pacific Jazz.

Tak to był czas świetnego jazzu, początków Milesa czy eksplozji tego gatunku w Polsce.

Wracając do Jazz Crusaders, pierwsze kilka płyt w ich dorobku było naprawdę bardzo dobrych jednak potem  pod naciskiem wytwórni muzycy zaczęli coraz bardziej iść w stronę komercyjnych odmian funku czy soulu by pod koniec lat-70 tych zagrać z  Randy Crawford a nawet przewinęli się jeszcze przez płytę  Joe Cockera i BB Kinga.

Album którego słucham to jeden z najlepszych koncertów jazzowych live z tamtego okresu i chyba najlepszy z początku kariery „Krzyżowców” .

To dobre hard bopowe granie z lekką domieszką R&B, tak więc zachęcam bo warto posłuchać.

 

 

 

JOHN COLTRANE  JOHNNY HARTMAN.

John Coltrane i Johnny Hartman  ze studyjnej płyty nagranej dla wytwórni  Impulse,  zresztą płyta ta została wprowadzona do Grammy Hall of Fame jako znacząca dla światowego dorobku nagraniowego i historycznego.

Sześć utworów, sześć ballad jazzowych, które stały się standardami.

Coltrane bardzo chciał nagrać tę płytę właśnie z Hartmanem, który nie był typowym wokalistą jazzowym.

Powiedział kiedyś o nim „ podobało mi się jego śpiewanie, Czułem coś niezwykłego w jego głosie . Nie wiem co to było ale pomyślałem, że muszę z nim zagrać, więc poszukałem go (Hartmana) i nagrałem ten album”.

Hartman miał trochę oporów bo nie wiedział czy ze swoją specyficzną barwą i sposobem śpiewania  wpisze się w jazzową stylistykę zespołu Coltrane.

Ostatecznie panowie spotkali się 7 marca 1963 roku w Van Gelder Studio w New Jersey.

To spokojna, bardzo nastrojowa płyta.

Melodyjny jazz w starym stylu chyba najfajniejszy do słuchania wieczorem.

Mocno relaksująca muzyka z przepiękną balladą „My one and only You” ,którą znacie zapewne z wersji instrumentalnej.

Jeśli jej jeszcze nie słyszeliście to może dacie się namówić na posłuchanie saksofonu Coltrane i głosu Hartmana.

 

 

 

JIMMY SMITH.

Uwielbiam brzmienie organów Hammonda bo zawsze przypominają mi dźwięk z mojego dzieciństwa czyli odgłos starej lady chłodniczej z PRL-owskiego GS-u

To oczywiście żart ale coś w tym jest bo Hammondy są tak charakterystyczne że ich brzmienie bez dwóch zdań rozpoznasz za każdym razem.

Jimmy Smith to muzyk, który brzmienie tych elektrycznych organów  mocno swego czasu rozpropagował.

Grał wszystko od jazzu po bluesa i klasykę lecz ta płyta kręcąca się na moim talerzu jest wyjątkowa.

Big band pod batutą Lalo Schifrina i klimat jak z gangsterskich i kryminalnych filmów z lat 60-tych.

No i te Hammondy, jak prześwietnie tutaj brzmią ale nie powinno mnie to dziwić bo płytę zrealizowano  dla wytwórni Verve w 1964 roku a za realizację odpowiadał sam Rudy Van Gelder.

Co prawda nieżyjący już Pan Hammond nie był by pewnie zadowolony, że jego organy tak twórczo stosowano do grania „bluźnierczej” muzyki popularnej.

W końcu opracował organy raczej do zastosowań w kościołach, w których miały zastąpić organy piszczałkowe podczas odgrywania religijnych pieśni gospel.

Lecz muzyka i big band Lalo Schifrina w tym wypadku choć nie gra pieśni religijnych, wypada nadspodziewanie interesująco.

Tak, w tej muzyce Hammondy zdecydowanie pasują do całości muzycznego przekazu.

Po prostu sami to oceńcie – Jimmy Smith – The Cat.

 

 

DAVE BRUBECK.

live z francuskiego winyla wydanego w 1969 roku dla wytwórni America Records a właściwie kompilacji nagrań zarejestrowanych w klubie Black Hawk.

To fajny spokojny jazz z okresu współpracy Brubecka z Paulem Desmondem.

Brubeck to jeden z pierwszych Amerykańskich muzyków jazzowych, który przyjechał do Polski na koncerty pod koniec lat 50-tych.

Zaraz potem jazz eksplodował w Polsce takimi nazwiskami jak Komeda, Stańko, Namysłowski , Trzaskowski czy Kurylewicz.

Dave Brubeck  nagrywał płyty z wieloma jazzmenami łącznie z jego czwórką z sześciorga dzieci, które zostały zawodowymi muzykami.

Grał w dosyć charakterystyczny sposób złożonymi akordami nacechowanymi melodyką.

Dave Brubeck At The Black Hawk In San Francisco, to przyjemna muzyka, która chyba najlepiej brzmi odgrywana z winyla bo wtedy czujesz specyficzną energię emanującą z czarnego plastiku kręcącego się na twoim gramofonie.

Ten jazz był tak nagrany i tak wydany więc słuchaj go w wersji w której pierwotnie, wszyscy go słuchali

Dzisiaj od rana gra w moim domu.

 

 

JIM HALL.

JIM HALL z płyty wydanej  w 1975 roku dla prześwietnej wytwórni  CTI.

Pisząc ten post w niedzielny poranek deszcz cały czas pada za oknem.

Lato się chyba definitywnie ze mną pożegnało więc pozostało mi posłuchać świetnej płyty Jim Hall – Concierto.

Dzisiaj to właśnie Jim Hall i czarna kawa zdecydowanie poprawia mi poranny nastrój.

Jim Hall to jeden z tych gitarzystów jazzowych , który wywarł duży wpływ na innych ale poprzez swoją skromność medialnie nie osiągnął takiej popularności jak Benson czy Coltrane.

Płyta Concierto jest wspaniała nie tylko poprzez muzykę ale i poprzez muzyków jacy towarzyszyli Hallowi w jej realizacji.

Paul Desmond i jego liryczny saksofon  do tego Chet Baker czarujący swoją ciepłą cool trąbką, Steve Gad  ładnie podkreślający frazy na bębnach, no i  Ron Carter na kontrabasie nadający puls całości.

Tych kilku muzyków to świetna rekomendacja i gwarancja dobrej muzyki.

Przepiękna jazzowa wersja utworu zajmującego całą drugą stronę płyty, czyli  Concierto de Aranjuez autorstwa Joaquín Rodrigo, starcza za rekomendację by zachęcić do posłuchania tej płyty.

Moje pierwsze wydanie w wersji Japońskiej dzięki wspaniałej realizacji Rudiego Van Geldera i orkiestracji Dona Sebeskyego, może nie rozgania deszczowych chmur za oknem, ale na pewno polepsza samopoczucie.

Niedzielny Jim Hall z płyty Concierto.

 

 

EARL KLUGH.

I na koniec dnia gdy zrobiło się już ciemno za oknem  trochę muzyki  dla „nocnych Marków”.

Płyta zupełnie inna od opisywanych wcześniej ponieważ nagrana w 1980 roku dla wytwórni Liberty przez  Earla Klugha, który zatytułował ją  „Late Night Guitar„.

To nastrojowe gitarowe kompozycje, których słucha się przyjemnie właśnie wieczorem co zreszą Earl Klugh sugeruje w tytule zapraszając do swojego gitarowego muzycznego świata na „Gitarę późno w nocy”.

Klugh ma w dorobku ponad 30 albumów i corocznie organizuje w stanach Weekend of Jazz, na którą to imprezę zaprasza świetnych muzyków i zupełnie nieznanych młodych artystów według niego dobrze rokujących na przyszłość.

Dzisiaj wieczorem zagra więc u mnie klasyczna gitara, smyczki będzie też w tym nieco orkiestracji na wiolonczele, trąbki, saksofon i wszystko to rozświetli dzisiejszy wieczór, który przychodzi coraz wcześniej.

Spokojne i liryczne dźwięki gitary, hmm to dobry koniec weekendu.

Earl Klugh – Late Night Guitar.

 

 

Kilka fajnych płyt i ich  świetne realizacje podsunęły mi pomysł by napisać jakiś tekst o realizatorach,  którzy nagrywali  prześwietne albumy, nagrywali je dla największych muzyków a z ich realizacji wiemy dzisiaj jak brzmiał Coltrane, Wes Montgomery, i wielu innych.

A przecież  tak mało o realizatorach dźwięku  i ich pracy się pisze, choć mają tak duży wkład w ostateczne brzmienie naszych ulubionych artystów.

Lecz to niebawem, na razie po prostu posłuchajcie muzyki.

Może któraś z płyt wam  się spodoba.

 

Wszystkie opisywane płyty można kupić w sklepie ArtReco na ul. Kopernika 30 w Warszawie.

 

tekst i zdjęcia Robert Bajkowski

 

 

Podobne teksty o płytach i muzyce znajdziecie tutaj:

 

 

CTI – dobry Jazz, świetne brzmienie.

 

Wehikułem czasu przez koncertowe winyle.

 

6 albumów jazzowych, których warto posłuchać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *