6 albumów jazzowych, których warto posłuchać.

Lata 60 -te to niezwykle interesujący okres w muzyce i kulturze.

To czas ruchów wolnościowych i kontestacyjnych,  żywiołowy rozwój jazzu, i rock’n’rolla ewoluującego do rocka i muzyki Pop.

Polska literatura, którą Marek Hłasko Zbigniew Herbert czy Stanisław Lem, przestawili na zupełnie inne tory.

Natomiast w muzyce była to dekada jazzu, dekada Komedy ,Tomasza Stańko, Trzaskowskiego czy Namysłowskiego.

Za „wielką wodą” rozpoczęła się era Free jazzu, Milesa, Coltrane’a, Coleman’a.

Dzisiaj opowiem wam o kilku fajnych płytach i kilku ciekawych muzykach.

 

 

 

WES MONTGOMERY

 

Wes Montgomery nie należał do  jazzowych rewolucjonistów.

A przynajmniej nie w takim znaczeniu jak Miles czy Coltrane.

Urodził się w Indianapolis.

Muzykiem został stosunkowo późno.

Z zawodu był spawaczem, ciężko pracującym na utrzymanie sześciorga dzieci.

W ciągu dnia pracował w warsztacie a po pracy, wieczorami dzień w dzień trenował grę na gitarze.

Był genialnym samoukiem.

Wypracował wtedy swój specyficzny styl gry, polegający na szarpaniu strun kciukiem.

Po pracy w warsztacie trenował grę na gitarze zazwyczaj  nocą i nie chciał wtedy budzić rodziny i sąsiadów.

Stąd wzięła się jego technika „klepania” strun kciukiem dająca głuchy, cichy dźwięk.

Jego idolem był Charlie Christian swingujący gitarzysta, którego naśladował  na początku swojej kariery.

Palił jak lokomotywa.

Był nałogowym palaczem co można zobaczyć prawie na każdym zdjęciu z jego udziałem.

Podpisanie pierwszego dużego kontraktu z wytwórnią Riverside, spowodowało że Montgomery mógł poświęcić się tylko muzyce.

Już nie musiał pracować w dzień i grać po nocach do samego rana.

W końcu to co najbardziej kochał czyli muzyka, pozwalało mu normalnie żyć.

Ma w dorobku kilkanaście płyt nagranych dla kilku wytwórni.

Zostawił po sobie spuściznę tak kreatywnie rozwijaną potem przez  gigantów gitary jak George Benson, Larry Coryell, John Scofield czy Pat Metheny.

Chcę namówić was do posłuchania dwóch płyt Montgomerego.

To nie są płyty szczególne w jego dyskografii.

Nie wymieniają ich krytycy muzyczni, i może własnie dlatego mogą być nawet bardziej od tych znanych, interesujące.

 

 

Guitar on the Go – płyta nagrana  dla wytwórni Riverside w roku 1963.

Świetne improwizacje i genialne dźwięki gitary Wesa to pierwsze wrażenie gdy wrzucisz ją na talerz gramofonu.

Akompaniuje mu na organach Hammonda  Mel Ryne, wcześniej grywający z B.B Kingiem.

Warto posłuchać  fantastycznych „dialogów”  Ryne’a i  Montgomerego.

Ogólnie organy Hammonda na tej płycie robią połowę roboty.

Do tego dobre kompozycje i zupełnie przyzwoita realizacja dają przyjemność z jej słuchania.

 

 

Druga płyta Montgomerego to Bumpin’ z orkiestrą Dona Sebesky’ego.

Ta płyta pochodzi z roku 1965 i powstała już dla wytwórni Verve.

To bardzo nastrojowy album z pastelowym tłem rewelacyjnie wykreowanym przez orkiestrę Sebesky’ego .

Gitara Montgomerego gra tu spokojne, harmonijne pasaże.

To świetnie zrealizowana płyta i bardzo pogodny, przyjemny jazz.

Idealna do słuchania we dwoje.

Jest w niej dużo lekkości,  trochę hardbopou, nieco latynoskiego polotu.

Na płycie słychać już miękkość, która popchnie Montgomerego w stronę bardziej popularnego, popowego grania.

Wes Montgomery po powrocie z trasy koncertowej  zmarł nieoczekiwanie na atak serca 15 czerwca 1968 r.

Miał tylko 43 lata i właściwie prawdziwą karierę dopiero przed sobą.

Dokładnie w dniu w którym Wes Montgomery odszedł do wielkiej orkiestry pana Boga, po drugiej stronie Atlantyku inny  amerykański muzyk, nagrywa jeden z najlepszych koncertowych albumów jazzowych.

 

BILL EVANS 

 

Bill Evans i jego trio występuje  podczas Jazzowego festiwalu w Montreux.

15 czerwca 68 roku rejestrują swój koncert, który następnie wytwórnia Verve wydaje pod koniec 1968 roku.

Evansowi towarzyszą świetni muzycy.

Eddie Gomez na kontrabasie oraz Jack DeJohnette na perkusji.

Bill Evans w przeciwieństwie do Wesa Montgomerego już od najmłodszych lat miał kontakt z muzyką.

Dzięki swojemu ojcu w wieku 6 lat uczył się gry na fortepianie.

Mając  lat 12-cie,  biegle czytał nuty i potrafił grać klasykę.

Studiował muzykę na Southeastern Louisiana University, zdobywając tam stopień nauczyciela i wykonawcy muzyki fortepianowej.

Dopiero w latach 50-tych, zainteresował się jazzem.

Miles Davies zatrudnia go w 1958 roku do swojego  zespołu.

Co prawda na krótko ale obaj czerpią z tej współpracy dużo.

Davies powiedział kiedyś „Bill miał ten cichy ogień, który kochałem w fortepianie”.

Evans nie był grzecznym chłopcem.

Miał problemy z nadużywaniem narkotyków co w pewnym momencie spowodowało  zerwanie współpracy z Daviesem.

Ale jak to mówił Stańko w książce wywiadzie Desperado  o tamtych czasach: ” Dobrzy muzycy na Jam sessions nie grają tylko piją, gorsi muzycy grają”

Nadużywanie czegokolwiek od wódki po narkotyki było wtedy wśród jazzmenów popularną rozrywką.

Wracając do Evansa, spotka się na chwilę z Davisem jeszcze raz by wspólnie nagrać legendarny Kind of Blue.

Potem rozpocznie karierę na własny rachunek.

W roku 1966 odkrywa świetnego latynoskiego kontrabasistę Eddiego Gomeza.

Dwa lata później wraz z DeJohnettem na bębnach grają w Montreux.

 

 

Płyta wtedy zarejestrowana jest jedną z najbardziej uwielbianych płyt przez fanów jazzu.

To kwintesencja energii i wręcz niesamowitej interakcji pomiędzy muzykami.

Każdy z nich to indywidualność, każdy ma swoje pięć minut.

W A sleepin Bee, Gomez gra świetne solo, zaś DeJohnette  pokazuje kunszt w utworze Nardis.

Płyty słucha się z zapartym tchem od dechy do dechy.

Jack DeJohnette niedługo po nagraniu tego koncertu, ląduje na dłużej u Milesa, z którym nagra sześć albumów.

Warto dodać że De Johnette grał również z Tomaszem Stańko a ze Zbigniewem Seifertem  nagrał płytę Passion.

Eddie Gomez wykazał się większą lojalnością i pograł z Evansem jeszcze 10 lat.

 

OSCAR PETERSON

 

Ponad rok po wydaniu koncertowego albumu Evansa, Oscar Peterson nagrywa całkiem dobry album Hallo Herbie.

Oscar Peterson to tytan pracy.

Przeciwieństwo Evansa.

Nigdy nie brał narkotyków i nie nadużywał alkoholu.

Do wszystkiego doszedł ciężką pracą.

Wydał ponad dwieście albumów i ośmiokrotnie był laureatem nagrody Grammy.

To jeden z niewielu wielkich muzyków jazzowych, który urodził się nie w USA tylko w Kanadzie.

Od małego dziecka podobnie jak Evans, uczył się muzyki i gry na fortepianie.

Przez wiele lat jego ćwiczenia obejmowały od czterech do sześciu godzin dziennie.

„Maharadża klawiatury” jak nazywał go Duke Ellington całe życie cierpiał na nadwagę, miał zapalenie stawów i  podobnie jak Montogomery, dużo palił.

Na początku studiował klasykę  za sprawą węgierskiego pianisty Paula de Marky, ucznia Istvána Thomána , który sam był uczniem Franza Liszta.

Klasyczne przygotowanie muzyczne i cały dorobek europejskich kompozytorów wywarł duży wpływ na pojmowanie muzyki oraz technikę gry Petersona.

Na poważnie zaczął grać jazz w latach 50-tych.

W tamtym czasie Peterson grał w trio z Herbie Ellisem i Rayem Brownem.

Uważał że ten okres był dla niego  „najbardziej stymulujący” i produktywny.

Warto dodać że Herb Ellis był wtedy jednym z niewielu białych muzyków grających jazz z „czarnymi”.

W czasach segregacji rasowej w USA, często zdarzały się im nieprzyjemne sytuacje z tym związane.

Po odejściu Ellisa przez prawie całą dekadę lat 60-ych,Peterson występował z wieloma muzykami ale uważał że nikt nie dorównywał Herbiemu w grze na gitarze.

Traf chciał że obaj panowie  spotkali się ponownie by nagrać płytę Hello Herbie.

 

 

Niezwykle przyjemne swingowe i bluesowe  granie, w którym Ellis jest frontmanem.

Ale często też dochodzi do swoistego dialogu pomiędzy fortepianem Petersona i gitarą Herbiego.

Świetna sekcja rytmiczna grająca od dłuższego czasu z Petersonem czyli Sam Jones na kontrabasie i Bobby Durham na perkusji, dopełnia całości.

Płyty słucha się bardzo dobrze bo jest to pogodne i żywe, swingowe granie.

Naptown Blues, Wesa Montgomerego czy Seven come eleven, Benny Goodmana dodają dodatkowego waloru temu albumowi.

Jeszcze jedna płyta Petersona, którą uważam za niezwykłą i zawsze polecam.

 

 

 We Get Request.

Powstała pomiędzy 19 października a 20 listopada 1964 roku dla wytwórni Verve.

Petersonowi towarzyszą Ray Brown na Kontrabasie i Ed Thipen na perkusji.

Od razu trzeba dodać że realizacja  płyty jest bardzo dobra.

Muzycznie to  świetne a nawet  prześwietne granie.

Rewelacyjny Brown na kontrabasie i Thipen, który zastąpił kilka lat wcześniej  Ellisa w Trio Petersona.

Muzycy grają dobry, bardzo muzykalny jazz.

The Girl from Ipanema zagrali z werwą i energią  jakiej w nagraniach  Gilberto i Getza nie było.

A w kawałku You Lock Good To Me słychać jak Ray Brown nuci pod nosem temat utworu.

To jest „miód” na uszy i serce.

Piękne dźwięki i wspaniały feeling.

Oscar Peterson, muzyka dla wszystkich.

 

ART BLAKEY

 

Czy oglądaliście film Whiplash?

Opowieść o młodym chłopaku który chce zostać najlepszym perkusistą i jego nauczycielu, sadyście?

Opowieść o tym że muzyka jest ponad zło w człowieku, ponad winę i karę.

Jest czymś tak uniwersalnym że pojęcia te nie mają znaczenia wtedy gdy jest „tylko muzyka”.

To własnie postać Arta Blakey’a  łączy film z płytą Caravan.

Blakey to obok Buddy Rich’a  fenomenalny perkusista, który wiele zmienił i wiele wniósł do jazzowej gry na bębnach.

Jego najważniejszym i najbardziej znanym projektem był Jazz Messengers.

Wayne Shorter obok Blakey’a wniósł do tego projektu najwięcej.

Shorter pełnił  w niej rolę kierownika artystycznego  formacji.

Był w Jazz Messengers eksperymentatorem oraz motorem szukania nowych form wyrazu.

Całości dopełniał genialny Freddie Hubbard grający na trąbce.

 

 

Caravan to jedna z ciekawszych płyt Jazz Messengers i zarazem tytuł utworu, który zarówno na płycie jak i w filmie jest pierwszoplanowy.

Kawałek  z niesamowitym solem na perkusji, które w filmie Whiplash, stara się perfekcyjnie odegrać główny bohater.

Art Blakey to dosyć barwna postać.

Nie stronił od kobiet, wódy,  narkotyków i wesołego życia.

Pozostawił po sobie dziesięcioro dzieci z czterech małżeństw.

Był też porywczy często wdając się w bójki.

W pewnym okresie swego życia przeszedł na islam.

Ta niby duchowa przemiana nie  przeszkadzała mu jednak  w zażywaniu heroiny i prowadzeniu dosyć rozrywkowego trybu życia.

Podobnie jak Wes Montgometry był samoukiem i nałogowym palaczem.

Zmarł w 1990 roku w Nowym Yorku na raka płuc do czego niewątpliwie przyczynił się jego styl życia i papierosy.

Pozostawił w spuściźnie przeszło dziewięćdziesiąt płyt oraz wiele nagrań, w których uczestniczył.

Płyta Caravan jest warta posłuchania z kilku powodów:

Po pierwsze to świetny żywy hardbop, grany przez znakomitych muzyków.

Po wtóre Freddie Hubbard czy Wayne Shorter grają na tej płycie niezwykle świeży i porywający jazz.

Po trzecie warta jest dla solówki na perkusji w utworze Caravan, którą  Blakey gra rewelacyjnie.

Klimat płyty powoduje że słuchasz jej z ciekawością.

1962 rok był dla Jazz Messengers udany.

Płyta jest tego najlepszym dowodem.

 

 

Opisane przeze mnie płyty nie należą do szczególnie odkrywczych.

Nie wnoszą nowych prądów do materii jazzowej, nie zaskakują swoją konstrukcją muzyczną czy sposobem gry.

To po prostu dobra muzyka, której lubię słuchać.

Do tego dobrze zrealizowane jak na tamte czasy.

Grają ją muzycy którzy nie „wydziwiają”.

Dysponują perfekcyjnym warsztatem.

Grają z werwą i polotem, mając przy tym „ucho” do melodii.

Solidna dawka jazzu.

Nieco bardziej oldskoolowego jazzu.

W sam raz do relaksacyjnego, długiego  słuchania.

Ja w każdym razie słucham.

 

tekst i zdjęcia Robert Bajkowski

Jeśli interesują cię jazzowe winyle przeczytaj również:

Hollywood Trio i Piano Sketches, audiofilski wymiar jazzu.

 

 

Opisywane w tekście płyty winylowe to Japońskie tłoczenia ( NM i EX+) kupione w sklepie:

Art Reco  00-362 Warszawa  ul. Kopernika 30.

tel. 509 825 058

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

.