Dzisiaj w dniu swoich urodzin chciałem podzielić się z wami moim małym retrospektywnym powrotem do kwietnia 1987 roku, do katowickiego Spodka, który stał się na chwilę oknem na światową scenę metalową. To był moment, w którym klasyczny heavy spod znaku Maidenów czy Judasów zaczął ustępować pola brutalniejszej, szybszej estradzie. Powietrze w hali było gęste od zapachu skórzanych kurtek i ekscytacji – Metalmania ’87, odbywająca się jeszcze w realiach komunistycznej Polski za żelazną kurtyną, nie była zwykłym festiwalem. W tamtym czasie tradycyjne kapele metalowe powoli traciły grunt na rzecz bezlitosnej energii thrashu. Najlepszym dowodem na tę ewolucję był występ Turbo. Grupa, kojarzona dotąd z “ironową” stylistyką, wyraźnie skręciła w stronę mroczniejszych, slayerowych klimatów, pokazując, że polska scena potrafi ewoluować w morderczym tempie. Prawdziwym objawieniem okazał się jednak amerykański Overkill. To był najbardziej energetyczny i autentyczny thrashowy show tamtej edycji. Bobby “Blitz” Ellsworth i spółka wnieśli na scenę surową, nowojorską wściekłość, która nie brała jeńców. Z kolei nasz rodzimy KAT udowodnił, że “thrash po polsku” ma własną, unikalną duszę – mroczną, duszną i absolutnie bezkompromisową.
TURBO




OVERKILL






KAT



Niemiecka scena zaprezentowała dwa zupełnie inne, ale równie potężne oblicza. Running Wild postawili na pełne widowisko – Rock’n’Rolf i jego załoga przywieźli świetną scenografię i materiał ze swojego najlepszego albumu Under Jolly Roger, zamieniając Spodek w piracki okręt. Tuż obok nich magnetyzował Helloween, będący u progu swojej największej chwały. Na scenie brylował młodziutki Michael Kiske, wspierany przez Kaia Hansena, który jako lider był wtedy w swojej życiowej formie. To było nowatorskie połączenie szybkości z niespotykaną wcześniej melodyjnością , które na zawsze zmieniło power metal.
HELLOWEEN





Running Wild.





TSA




Hammer

W kontrze do nowinek stanęło TSA, serwując solidny, klasyczny heavy rock bardziej z pod znaku “nygusów” z Australii niż thrashu z USA. Kai Hansen z Helloween , który z zaciekawieniem oglądał ich show, bardzo wysoko ocenił polską legendę, przyznając, że to świetny, rasowy metal, który wyjątkowo przypadł mu do gustu.
Zupełnie inaczej sprawa wyglądała z drugiej strony. Podczas konferencji prasowej, na której byłem obecny, Marek Piekarczyk nie krył braku entuzjazmu wobec gości z Hamburga. Nieco szydząc z grupy Hansena, określił ich muzykę mianem „ogniskowych, harcerskich harmonii”, co doskonale oddawało ówczesne napięcie między klasycznym nieco bluesowym podejściem do metalu a nadchodzącą falą ciężkiego agresywnego, melodyjnego grania.
Całość tego historycznego wydarzenia chciałem okrasić unikalną warstwą wizualną. W tekście znajdziecie nigdy wcześniej niepublikowane zdjęcia mojego autorstwa.
Fotografie te celowo nie zostały poddane cyfrowemu czyszczeniu. Wykonane techniką analogową na klasycznych czarno białych kliszach światłoczułych, skanowane bezpośrednio z archiwalnych odbitek, zachowują specyficzne ziarno i niedoskonałości tamtych lat.Te surowe kadry stanowią fascynujące, autentyczne uzupełnienie opowieści. Pozwalają niemal poczuć pot na twarzy i dym unoszący się nad sceną Spodka w czasach, gdy metal był dla mojego pokolenia jedynym prawdziwym oknem na wolność.
W tym miejscu chce podziękować Inie Caprilis oraz Christine za przechowanie tych zdjęć przez prawie 40 lat. Bez was nie mógł bym ich pokazać .
Dla tych z was którzy nie pamiętają tamtych czasów lub jeszcze wtedy nie było ich na świecie to zapewne będą trochę „dziaderskie wspominki”. Ale dla mojego pokolenia mam nadzieję na chwilę wsiądziemy w swoisty czarno-biały wehikuł czasu i przypomnimy sobie ten jakże prawdziwy dla nas okres gdy muzyka była przeżyciem i smakowaniem emocji a nie komercyjną emanacją służącą jako wypełniacz czasu.
tekst i zdjęcia R Bajkowski