Siądźmy w miękkim fotelu, odpalmy wzmacniacz i posłuchajmy dwóch Polskich jazzowych albumów z winyla. Dwóch najważniejszych moim zdaniem płyt z Polskim jazzem lat 60. Bez tych płyt, polski jazz byłby dzisiaj tylko wzmianką w amerykańskich podręcznikach historii jazzu. Z jednej strony “Lola” Namysłowskiego, z drugiej “Astigmatic” Komedy.

I teraz pada pytanie: który ważniejszy czy który lepszy?
Cóż, jeden kocha precyzję i dynamikę, inny szuka w dźwięku duszy i metafizyki. I tu mamy dokładnie ten sam rozjazd.
“Lola” z 1964 roku to był prawdziwy szok kulturowy dla realizatorów Decca siedzących w studiu No 3 w Londynie. Tym samym, w którym nagrywali Roling Stonesi. Wyobraź sobie tych inżynierów dźwięku, którzy pewnie spodziewali się jakichś smutnych chłopaków zza żelaznej kurtyny, a dostali petardę, muzykę, która spowodowała, że wypadli z butów.
A przecież Polski Jazz istniał niespełna dekadę bo oficjalnie można go było grać dopiero po przełomie politycznym w komunistycznej Polsce roku 56.
Namysłowski wziął nasz polski, przaśny folklor, te wszystkie oberki i wpuścił w to energię nowoczesnego jazzu. To jest płyta, która tętni życiem, wirtuozerią i niesamowitą pewnością siebie. To album z niesamowitym timingiem i dowód na to, że Polak potrafi grać z taką samą wirtuozerią i feelingiem jak czarni muzycy z Nowego Jorku.
Czujesz, że ta muzyka jest nasza, swojskia, ale zagrana z emocją i precyzją, od których Amerykanie musieli przecierać uszy. To był dowód, że Modern Jazz Quartet Namysłowskiego nie kopiował bopu z ameryki tylko grał jazz, który “pachnie” mazowieckim błotem, a i tak brzmi jak z najlepszego klubu na Manhattanie. “Lola” jest takim specyficznym, dokonaniem jest czymś co pokazało że jazz może być osadzony w lokalnej kulturze gdzie grając swing, wprowadza coś zupełnie nowego . To był prawdziwy Polski jazzowy towar eksportowy, który nie prosił o uznanie, on je miał od początku.
Warto tu wspomnieć, że Namysłowski na “Loli” wyważył drzwi, których nikt wcześniej nie potrafił nawet dotknąć. Był to pierwszy album polskiego jazzmana wydany przez tak prestiżową zachodnią wytwórnię jak Decca. Ciekawostką jest, że muzyk ten zaczynał jako puzonista w zespołach dixielandowych ale ostatecznie wybrał saksofon bo właśnie momenty przed “Lolą” i spotkania z Komedą utwierdziły go w przekonaniu, że to saksofon altowy stanie się jego “prawdziwym głosem”. Na tej płycie słychać radość z bycia liderem, który nie boi się pokazać światu polskich “genów” ubranych w nowojorski garnitur.

Na “Loli” Namysłowski bez ogródek odnosi się wprost do polskiego folkloru. To, co rzuciło Brytyjczyków na kolana, to nie tylko technika, ale nowatorska rytmika i podejście do materii synkopy w zupełnie inny sposób niż robili to amerykańscy jazzmani.
Namysłowski jako jeden z pierwszych tak odważnie wprowadził do jazzu rytmy nieparzyste, wywiedzione bezpośrednio z polskiej muzyki ludowej. Podczas gdy Amerykanie swingowali na “cztery”, Namysłowski grał mazurki i oberki “na pięć” lub “na siedem”, ale robił to z lekkością, którą tak docenili ludzie z DECCA. Jest tu gęsto, be-bopowo, ale z wyraźnym słowiańskim kolorytem. Saksofon Namysłowskiego brzmi tu niezwykle “jasno” i selektywnie. Każda fraza jest domknięta, każda nuta ma swoje miejsce
Od momentu wydania tego albumu mija półtora roku i Komeda nagrywa “Astigmatic”. W tym miejscu kończy się zabawa w “kto szybciej i sprawniej”, i zaczyna się, mistycyzm. Ta płyta to nie jest zbiór jazzowych “kawałków”. Komeda wyłączył w głowie amerykański metronom i przestał się ścigać na swing a zaczął “malować” dźwiękiem. Słuchasz “Kattorny” i czujesz ten skandynawski chłód wymieszany z polskim mrokiem, filmową wręcz narrację, gdzie cisza znaczy tyle samo co dźwięk.
Na “Astigmatic” gra Stańko, gra Namysłowski (tak, ten sam który nagrał Lolę!), gra tu Gunter Lenz. Ale oni wszyscy brzmią na tym albumie inaczej. Grę podporządkowują wizji Komedy. To jest moment, w którym europejski jazz przestał być kopią tego zza oceanu i zyskał własną twarz. Może i bladą ale skupioną i niesamowicie inteligentną. Bez “Astigmatic” nie byłoby dzisiejszego brzmienia ECM-u, nie byłoby tej całej skandynawskiej fali, którą tak się dzisiaj zachwycamy.
Komeda celowo psuł tradycyjne struktury. To nie jest jazz rozumiany tradycyjnie oparty na temacie i solówkach, to płyta o budowaniu napięcia. Na Astigmatic utwory takie jak “Kattorna” czy “Svantetic” to suity. Muzycy nie wiedzieli dokładnie, ile potrwa dana partia bo decydował o tym impuls, emocja, porozumienie bez słów.
To była zapowiedź tego, co później nazwano European Free Jazz. Komeda genialnie łączył skrajne przeciwieństwa. Potrafił napisać przepiękną, wręcz piosenkową linię melodyjną, by za chwilę skontrować ją ostrym, niemal brutalnym dysonansem trąbki Stańki. To właśnie ta “skaza” czyli tytułowy astygmatyzm, sprawia, że muzyka jest tak ludzka i prawdziwa.

Na “Loli” sekcja pcha całą muzykę do przodu. Na “Astigmatic” sekcja (Rune Carlsson i Günter Lenz) staje się trzecim głosem solowym. Oni nie tylko trzymają rytm lecz komentują to, co gra pianista.
To właśnie podczas nocnej sesji “Astigmatic” – bo nagrywano ją nocą, co według muzyków było kluczem do uzyskania tego onirycznego klimatu, wykuwało się późniejsze brzmienie Tomasza Stańki. Młody Stańko u boku Komedy zrozumiał, że pauza i barwa są ważniejsze od technicznej ekwilibrystyki. Co ciekawe, grał wtedy na pożyczonej trąbce, bo jego własna była w opłakanym stanie, a mimo to wydobył z niej ten legendarny, “brudny” liryzm.
Z kolei Namysłowski, choć na “Loli” był drapieżnym liderem, tutaj u Komedy musiał stać się częścią większej, niemal malarskiej struktury. To doświadczenie pozwoliło mu później stworzyć “Winobranie” czyli płytę, która połączyła energię “Loli” z głębią “Astigmatic” tworząc jedno z pierwszych dokonań w polskim jazzie łączących free jazz z techniczną wirtuozerią i melodyjnością, jednocześnie.
Ale o „winobraniu może będzie kiedy indziej.
W skali historii Astigmatic to płyta, którą Japończycy czy Niemcy stawiają na ołtarzyku jako ‘European Jazz Bible’ bowiem jest to kamień węgielny Europejskiego Jazzu.
Więc co jest większym osiągnięciem?
Jeśli mierzymy to skalą historycznego wstrząsu, to “Astigmatic” wygrywa o włos. To jest biblia i punkt startu, od którego zaczyna się nowoczesny jazz na naszym kontynencie. Komeda wymyślił jazz na nowo, po europejsku. Ale gdybyś mnie przyparł do muru i zapytał, czego słucha mi się po prostu po ludzku lepiej przy kieliszku dobrego wina, to serce podpowiada “Lolę”.
Bo w “Loli” jest ta niesamowita radość z tego, że instrument słucha się muzyka w każdej sekundzie. Namysłowski w połowie lat 60, udowodnił, że jesteśmy częścią normalnego świata, a Komeda sprawił, że świat zaczął nas naśladować.

Dla Namysłowskiego lekcja u Komedy była “szkołą oddechu” innej artykulacji, rozmowy. Na Loli Zbigniew grał wszystko, co potrafił w tamtej chwili. U Komedy nauczył się, że czasem jedna, długa, zawieszona nuta znaczy więcej niż kaskada dźwięków. To właśnie ta umiejętność selekcji sprawiła, że jego późniejsze płyty, jak Winobranie, są tak wybitne, łącząc wirtuozerię Loli z przemyślaną głębią, Astigmatic.
Dla Stańki z kolei, doświadczenie Astigmatic to początek narodzin jego brzmienia. To tutaj Stańko odkrył, że trąbka może płakać, krzyczeć i szeptać. Komeda nie kazał mu grać czysto; kazał mu grać emocjonalnie, z uczuciem konkretnej chwili. Stańko do końca życia powtarzał, że Komeda dał mu “klucz do wolności”, z którego korzystał na każdym swoim późniejszym albumie.
Obie te płyty to fundamenty, ale o ile “Lola” jest pięknym różnobarwnym witrażem, o tyle “Astigmatic” to cała katedra.
Jedna daje frajdę, druga daje olśnienie. I wiesz co?
Najlepiej po prostu mieć obie na półce i nigdy nie musieć wybierać.
Po prostu, słuchaj.