koncertowy Jazz z winyli.

Jazz.

Ciężkostrawny  dla niektórych gatunek muzyki.

Denerwuje, czasami  odstrasza a przecież jest tak wiele jazzu, który może być fajny.

Rejestracje na żywo czyli koncerty.

Koncerty to kwintesencja tego co naprawdę potrafią muzycy.

Jakiś czas temu pisałem na ten temat w kontekście koncertowych płyt z muzyką rockową.

Przeczytaj – Wehikułem czasu przez koncertowe winyle.

W przypadku muzyki rockowej nagrania ” live ” potrafią ponieść artystę na skrzydłach ale i obnażyć jego braki.

Wszystko zależy od umiejętności technicznych muzyków, ich dyspozycyjności  tego czy była dobra interakcja z publicznością.

Wreszcie czy realizacja techniczna koncertu była na poziomie czy pozostawiała wiele do życzenia.

Ale jazz jest pod tym względem wyjątkowy.

Dlaczego?

Bo nie ważne czy to koncert czy studyjna płyta.

I tak muzycy cały czas improwizują.

Umiejętności techniczne są w przypadku tej muzyki poza dyskusją.

Chcesz grać jazz, najpierw musisz mieć doskonały warsztat.

Tu bardziej liczy się czy muzycy znajdą ten „magiczny” moment.

Czy mają dobry feeling.

Czy  trafili w dobry dzień.

Czy po po prostu energia pomiędzy nimi daje synergię, którą słyszymy w postaci emocjonalnego, szczerego przekazu.

Tak.

Jazz to emocje.

 

 

 

 

V.S.O.P Quintet  – Live Under The Sky.

Japonia, Tokyo 26 i 27 lipca 1979 roku.

Kwintet  Milesa Davisa, który już od dłuższego czasu gra bez niego, daje koncert na Japońskim festiwalu jazzowym  „Live under the Sky” .

Tak też nazywa się płyta live z tego wydarzenia.

Dwa dni koncertów  z czego pierwszy  grany w ogromnej ulewie.

Niesamowita Japońska publiczność, która reagowała niezwykle żywiołowo.

Ogromne ilości wody jakie lały się z nieba  nie miały znaczenia ponieważ najważniejsza tego dnia była niezwykła wymiana energii pomiędzy muzykami i publicznością.

To świetny akustyczny jazz grany w czasie gdy fusion i rock królowały na tak dużych imprezach.

To jeden z najlepszych składów w historii jazzu.

Freddie Hubbard, który na trąbce gra niezwykłe dźwięki.

Ron Carter na basie, Herbie Hancock na fortepianie, Wayne Shorter na saksofonie oraz Tony Williams bardzo energetycznie grający na perkusji.

Interakcje pomiędzy muzykami ich improwizacje w których wzajemnie dopowiadają swoje muzyczne historie.

To creme de la creme jazzu.

Do tego niesamowita reakcja publiki którą słychać w tle.

ostatnie dwa utwory z drugiej płyty zagrali tylko Hancock z Shorterem.

Pozostali muzycy  zmęczeni koncertami granymi  dzień po dniu nie dali rady wyjść do bisów drugiego dnia.

Mój remasterowany w USA album to jeden z najlepszych koncertowych albumów jaki posiadam.

 

 

 

Słucham go często właśnie z powodu tej dawki emocji, które jak witaminy dają mi dużo energii.

Ale, Ale.

Cofnijmy się  o dwa lata

 

V.S.O.P – The Quintet

Jest 1977 rok.

Gorący lipiec w słonecznej Kalifornii.

Ten sam skład lecz inny repertuar.

I równie emocjonalne granie.

Nieco inne okoliczności inna publiczność a przekaz tak samo mocny.

Ci muzycy bez względu na czas i miejsce grają rewelacyjnie

Sądzę że po prostu się lubią i słuchają nawzajem.

W konsekwencji na obu albumach odnajdziecie ogromną dawkę energii.

To jest muzyka, która udowadnia że jazz jest zawsze live.

Zawsze na sto procent.

I … oba albumy V.S.O.P są kwintesencją ówczesnego rozumienia jazzu.

Dobrego jazzu.

Tego nie daje się opisać, tego  trzeba po prostu posłuchać.

Z winyla brzmi prawdziwiej.

 

 

 

 

Tak samo jak trzeci album.

 

Chuck Mangione – Live at the Hollywood Bowl.

 

Dokładnie rok po koncercie Quintetu Hancocka.

Dokładnie w tej samej słonecznej Kalifornii w Hollywood Bowl pod gołym niebem, odbył się koncert trębacza Chucka Mangione.

To wtedy było już wielkie nazwisko.

Po nagraniu Children of Sanchez Mangione osiągnął  szczyt popularności.

Koncert o którym piszę nagrywał wraz ze swoim kwartetem oraz z towarzyszeniem 70-cio osobowej orkiestry Filharmonii L.A.

To prześwietny zapis niezwykłego wydarzenia, na które przybyło  18 000 ludzi posłuchać jak na żywo zabrzmi „Feels so good” czy „Dzieci Sancheza”.

Mangione „czaruje” trąbką.

Czaruje tak samo jak ponad trzy dekady po nim będzie to robił Chrtis Botti.

Mangione znalazł receptę na jazz dla każdego.

Jego muzyka jest strawna zarówno dla fanów jazzu jak i tych, którzy słuchają Popu.

Gra wraz ze swoim bandem synkopowane rytmy.

Nadal znajdujesz w jego muzyce dużą dawkę improwizacji zagranej  z ogromną energią, zagranej  po prostu pięknie.

Orkiestra symfoniczna dopełnia całości.

Będziesz miał  po prostu ogromną frajdę ze słuchania tej płyty.

Botti  poszedł tę samą drogą ale to Mangione jest protoplastą zarówno smooth jazzu jak i takiego pojmowania jazzu w którym  podoba się on zwykłemu Kowalskiemu.

 

 

 

 

Jazz.

Ten koncertowy, ten z winyla.

Chociaż nie …

Może być z każdego nośnika.

On zawsze będzie najbardziej prawdziwy.

Dlatego że emocje są tu najważniejszą częścią przekazu.

I za każdym razem muzyka jest inna.

Tu muzyk gra sam ze sobą, ale jednocześnie musi słuchać swoich kolegów ze sceny.

Interakcje pomiędzy nimi, dobra energia i świetne umiejętności techniczne dają w konsekwencji muzykę, która was porwie.

To dobrze spędzone chwile.

Ja wybrałem słuchanie z winyli.

Wtedy jest bardziej jak z epoki, w której nagrania powstały.

Ale najważniejsza i tak jest muzyka.

Wiec … słuchajmy.

 

 

 

 

Tekst i zdjęcia Robert Bajkowski