Astigmatic – Krzysztof Komeda

Ten album wydany pierwotnie ponad 50 lat temu w Polskich Nagraniach, ma dla mnie szczególną wartość.

Po raz pierwszy słuchałem go będąc dzieciakiem u mojego wuja który był fanem jazzu.

Było to jeszcze w latach 70 tych .

(Mark pozdrawiam i mam nadzieję ze masz tę płytę w swoich zasobach cyfrowych w N.Y)

To była monofoniczna wersja płyty winylowej i słuchaliśmy jej chyba na adapterze Bambino, to znaczy wuj słuchał a ja podsłuchiwałem, mocno zaintrygowany tą muzyką.

Potem po kilku latach gdy byłem już nastolatkiem odgrzebałem gdzieś ten album.

Po wuju który podobnie jak Komeda, wyemigrował za wielką wodę,  pozostał tylko on , czarny album z muzyką która kiedyś mnie mocno zaciekawiła.

To była moja inicjacja jazzowa, choć wtedy ta muzyka wydawała mi się tak dziwna i zarazem intrygująca, tak odległa od rocka i metalu jakich wtedy słuchałem, tak niepoukładana i  zupełnie z innej bajki.

Nie pozostawiała obojętnym i myślami cały czas do niej wracałem , jak do dobrego filmu który oglądasz w kinie a potem do niego wracasz , myślisz i chcesz obejrzeć jeszcze raz.

Krzysztof Komeda a właściwie  Krzysztof Trzciński, legendarny pianista i kompozytor który gdyby nie jego przedwczesna śmierć w L.A,  byłby jednym z największych kompozytorów filmowych a przecież  wtedy  był już gwiazdą i jednym z najbardziej rozpoznawalnych  pianistów jazzowych.

Tomasz Stańko, który dzisiaj  jest już legendą  i zalicza się do największych trębaczy  muzyki jazzowej.

W 1965 roku tych dwóch muzyków wraz z Krzysztofem Namysłowskim i co ciekawe, zważywszy że były to czasy „żelaznej kurtyny”, niemieckim  kontrabasistą Gunterem Lenzem i szwedzkim perkusistą  Rune Carlssonem,  stworzyli coś zupełnie wyjątkowego.

Muzykę i płytę która uznawana jest przez Richarda Cooka i Briana Mortona w The Penguin Guide to Jazz on CD   za jedną z najważniejszych dla światowego jazzu ale i najwybitniejszy album z takim gatunkiem muzycznym wydany w Polsce.

Lata 60-te to  były ciekawe lata w polskiej kulturze , Marek Hłasko , Komeda, Roman Polański, Andrzej Wajda i ogromny rozwój jazzu który wtedy nie ustępował już temu tworzonemu  na świecie.

Sama płyta jest niezwykła , jeśli lubicie Milesa Davisa i jego Kind of blue  to  płyta Komedy, rozwijając tamte pomysły stylistyczne, wprowadzała coś indywidualnego , sposób frazowania i akcentowania jaki wyróżniał Komedę z pośród innych ówczesnych pianistów jazzowych.

On według wielu krytyków muzycznych stworzył zupełnie nową jakość i oderwał swoją muzykę od stylistyki amerykańskiej tworząc konkretną estetykę europejską jazzu.

Wreszcie ta płyta  niesie ze sobą niezwykły przekaz emocjonalny i charakterystyczne niepokojąco brzmiące dźwięki fortepianu.

Płytę otwiera  utwór Astigmatic , trwająca 22 minuty opowieść z  mocnymi ekspresyjnymi  na skraju histerii, dźwiękami trąbki Stańki ,długimi frazami fortepianu  ale i chwilami  refleksyjnego spokoju.

To zapowiedź tego  co potem pojawi się w tak spektakularny sposób na ścieżce  dźwiękowej Dziecka Rosemary .

Potem mamy  utwór Katattorna,  motyw ze Szwedzkiego  filmu do którego Komeda napisał muzykę  i na końcu Sventetic napisany specjalnie dla jego przyjaciela szwedzkiego poety Svana Foerstera.

Trzy utwory , tylko trzy i aż trzy, opowieść doskonale skończona.

Te trzy utwory w których  właściwe wszystko co potem eksploatował jazz,  zostało zagrane, cała późniejsza gra Stanki jest tu zapowiedziana.

To niesamowite jak ta muzyka koresponduje z czarno białymi filmami z tamtego okresu takimi jak ,” Nóż w Wodzie” czy „Niewinni Czarodzieje” do których Komeda napisał przecież muzykę.

Te filmy byłyby zupełnie innymi  filmami bez Komedy.

Jednocześnie gdy słucham  wielu współczesnych produkcji jazzowych, uświadamiam sobie jak „świeżą” muzycznie  opowieść, udało się stworzyć tym pięciu muzykom.

Jak wcale się nie zestarzała , i w jaki specyficzny sposób do dzisiaj może u niektórych, powodować „gęsią skórkę”.

Nagrano ja w przeciągu jednego zimowego wieczora bez żadnych prób  w Warszawie 1965 roku.

Teraz już wiem dlaczego jako dziecko z rozdziawioną buzią, słuchałem z monofonicznej płyty  tych dźwięków .

Zrozumiałem że wtedy, na  moje szczęście „naumiałem” się słuchać jazzu od razu z najwybitniejszej  płyty tego gatunku.

Jeśli nie interesujecie się jazzem, pomimo wszystko spróbujcie przez nią przebrnąć .

Jeśli zaś lubicie jazz to jeśli jeszcze jej nie słuchaliście?

No cóż,  właściwie jest to lektura obowiązkowa.

Robert Bajkowski