W piątkowy wieczór, mam swój stały rytuał gdy po pracy i przed weekendem w końcu jest chwila wytchnienia.
Mogę w spokoju usiąść w fotelu, odpalić lampowy wzmacniacz, położyć na talerz gramofonu ulubioną płytę by usłyszeć dźwięki wydobywające się z głośników.
Tak to stary jazz, który jest jak dym z cygara – miękki, snujący się i elegancki.
W ten piątkowy dzień celebracji przy butelce czerwonego wina zazwyczaj wybieram krążki z jakże zasłużonej dla jazzu wytwórni Blue Note.
Ale nie te za tysiące dolarów z eBaya, lecz Classic Vinyl Series – Blue Note w wersji dla zwykłego słuchacza i wbrew niektórym opiniom z netu cały czas jest to bardzo dobra, wręcz świetna jakość.
Ale zacznę od początku , od krótkiej historii wytwórni Blue Note.
No więc …wyobraź sobie Nowy Jork w przededniu wybuchu II wojny światowej.
Z jednej strony świat już się do niej szykuje, z drugiej — Harlem pulsuje muzyką, która nie mieści się już w prostych rytmach.
To tutaj, w cieniu zadymionych klubów, dwóch emigrantów z Niemiec — Alfred Lion i Francis Wolff — zakładają skromną wytwórnię płytową.
Dają jej nazwę, która do dziś brzmi jak wyznanie miłości do jazzu: Blue Note Records.
Lion był zakochany w amerykańskim swingu, Wolff robił zdjęcia muzykom między sesjami — te słynne, czarno-białe kadry w dymie papierosowym.
Ale Blue Note to nie tylko klimat — to jakość, wolność i szacunek dla artysty bo jako jedna z pierwszych pozwalała muzykom nagrywać tak, jak chcieli.
Bez pośpiechu.
Bez cenzury.
Chodziło o uczciwe uchwycenie chwili, o wizję artystyczną muzyków jakiej nie dawała komercyjna muzyka popularna.
Thelonious Monk, Bud Powell, Art Blakey, Horace Silver, a potem Herbie Hancock, Wayne Shorter, Lee Morgan, John Coltrane i Miles Davis (choć tylko na paru wczesnych sesjach) to muzycy, którzy zbudowali wielkość tej wytwórni.
Ale też to ta wytwórnia pozwoliła im w dużej mierze zaistnieć w rozgłośniach radiowych czy umocnić swoją pozycję na scenie muzycznej.
Blue Note zdefiniowało brzmienie hard bopu, dodało koloru do cool jazzu i położyło fundamenty pod jazz lat 60. i 70 zawsze charakteryzując się brzmieniem ciepły i przestrzennym.
A potem przyszły czasy trudniejsze.
Jazz schodził na margines, wybuchła era rocka a sprzedaż płyt z logiem błękitnej nuty spadała.
Blue Note zmieniało właścicieli od Liberty Records (1965), przez United Artists, aż po EMI, która w końcu włączyła „błękitną nutę” w swój katalog.
Gdy w 2012 roku Universal Music Group przejęło EMI, w ramach restrukturyzacji Blue Note Records znalazło się w rękach Warner Music Group.
W drugiej połowie lat 2000. i na początku 2010. obserwowano wielki renesans winyli co wiązało się z powrotem kultury i doświadczenia słuchania, którego brakowało w cyfrowym świecie streamingu.
W odpowiedzi na ten trend — ale i z miłości do jazzu — Don Was, nowy szef Blue Note Records postanowił przywrócić jazzowe klasyki na winyl w sposób godny legendy i tak powstały dwie najważniejsze i najlepsze serie:
Tone Poet – pomysł Joe Harley’a
Seria Tone Poet zainicjowana została w 2019 roku, a jej kuratorem i producentem został Joe Harley – człowiek, który wcześniej współtworzył kultowe remastery w serii Music Matters Jazz (MMJ).
Harley, nazywany właśnie „Tone Poet” przez kolegów, miał obsesję na punkcie jakości dźwięku, wiernie oddanego klimatu oryginalnych sesji Van Geldera
Mastering był pieczołowicie wykonany przez Kevina Graya w Cohearent Audio – jednego z najlepszych ludzi w branży zaś same remastery robione z oryginalnych taśm analogowych,
180-gramowe winyle, produkowane przez RTI (topowa tłocznia płyt winylowych w USA).
Okładki typu gatefold z wiernie odtworzoną grafiką i zdjęciami Francisa Wolffa.
Celem było oddanie ducha oryginału w jakości, która przebiłaby nawet pierwotne wydania.
Classic Vinyl – bardziej przystępna cenowo.
Po sukcesie Tone Poet, w 2020 roku ruszyła seria Blue Note Classic Vinyl Reissue Series.
Tutaj również za dźwięk odpowiada Kevin Gray, remastery są analogowe (z oryginalnych taśm),ale winyle nie są tłoczone w gatefoldach, okładki są mniej luksusowe, cena – bardziej przystępna (czasem mniej niż połowa ceny Tone Poet).
Chciano po prostu udostępnić kanon Blue Note szerszej publiczności, bez kompromisów dźwiękowych.
Blue Note to nie tylko historia jazzu — to historia pasji i jakości.
W świecie streamingu, algorytmów i plików mp3 powstała potrzeba, by dotknąć muzyki, dosłownie i symbolicznie.
Don Was, Joe Harley i Kevin Gray postanowili przywrócić słuchanie muzyki czy odbieranie najlepszego jazzu jako aktu kultury, a nie tylko tła do picia kawy.
Zatem dla wielu odbiorców i entuzjastów analogowego brzmienia Tone Poet był postrzegany jako wersja premium swoisty jazzowy Rolls-Royce na winylu.
Ale również dla wielu z nich Tone Poet był i jest zbyt drogi.
To trochę jak z drogim winem – świetny wysublimowany smak, pełnia barw na języku lecz czasami zbyt drogie na codzienną konsumpcję.
Natomiast Classic Vinyl Series tłoczony również z oryginalnych taśm analogowych, z obróbką masteringową Kevina Graya z Cohearent Audio jawił się jako dobra alternatywa dla japońskich drogich wydań z lat 70 czy serii Tone Poet nie wspominając o oryginałach z epoki.
Bez gatefoldów, bez luksusowych dodatków – ale z duszą do tego nie “szczypiesz” się i bez zastanowienia kładziesz je na talerz gramofonu nie od święta, tylko na co dzień.
Lecz bez względu na to czy będzie to Tone Poet czy Clasic Vinyl usłyszysz dźwięk pełen powietrza, ciepła i przestrzeni bez cyfrowego szronu, bez plastikowego pogłosu choć większość reedycji wydaje się brzmieć nieco jaśniej i precyzyjniej niż ich odpowiedniki z lat 60.
I tu dochodzimy do najważniejszego: mastering.
To nie tylko kwestia głośności, dynamiki czy separacji.
To sztuka zachowania klimatu. Kevin Gray zrobił coś niezwykłego – odkurzył te nagrania z szumów i ograniczeń techniki lat 50. i 60, nie tracąc ich duszy.
Przestrzeń mistrza realizacji i w gruncie rzeczy twórcy brzmienia “Błękitnej Nuty”, Rudy’ego Van Geldera – brzmienie jego słynnego studia w Englewood Cliffs – zostało nienaruszone ale teraz słychać wszystko czyściej, wyraźniej, głębiej.
Wystarczy sięgnąć po kilka albumów, któe znalazły się w serii.
„The Sidewinder” Lee Morgana – to nie tylko jeden z największych hitów w historii jazzu, ale też arcydzieło groove’u.
Ten tytułowy utwór – z sekcją rytmiczną pracującą jak zegarek i trąbką Lee, która nie gra, tylko tańczy – w wersji Classic Vinyl nabiera nowej świeżości.
Ten beat wchodzi w nogi nawet, jeśli siedzisz w kapciach.
„Moanin” Arta Blakeya – płyta, która po dziś dzień uczy, czym jest jazzowy feeling.
Każde uderzenie Blakeya brzmi tu nie jak rytm, ale jak decyzja.
A saksofon Benny’ego Golsona? pulsuje i cały czas jest ostry.
„Ready for Freddie” Freddie Hubbarda to jazz bardziej futurystyczny, z wyraźnym echem Coltrane’a i ducha lat 60.
Classic Vinyl wydobywa z tej płyty niesamowitą głębię – jego trąbka, miejscami prawie mistyczna, brzmi tu krystalicznie, ale nigdy sterylnie.
Wciąż jest ten smaczek, ten analogowy niedosyt, który zostaje po ostatnim dźwięku.
I właśnie dzięki tej serii mogliśmy wrócić – albo po raz pierwszy odkryć – prawdziwe perełki
katalogu Blue Note.
„Midnight Creeper” Lou Donaldsona to kwintesencja soul-jazzu: rozleniwiony groove, Hammond i saksofon, który nie gra, tylko flirtuje.
To nie jest płyta do analiz, to płyta do wieczornego sączenia – dźwięku i czegoś dobrego w kieliszku.
A skoro o Hammondzie mowa.
„Unity” Larry Young to jazz duchowy, przestrzenny i niemal psychodeliczny, ale bez odlotu w chaos.
To nie Jimmy Smith z dusznej piwnicy, to Larry z kosmosu.
W tej płycie jest napięcie, przestrzeń, Milesowski chłód i Coltrane’owska głębia.
No i rewelacyjna okładka, która mówi wszystko w sposób maksymalnie oszczędny.
Tony Williams na perkusji i Woody Shaw na trąbce robią swoje, ale to Young prowadzi narrację – cicho, stanowczo, z klasą.
„Go!” Dextera Gordona to płyta, która gra jak rozmowa ze starym przyjacielem.
Dexter nie gra po to, żeby błyszczeć. On gra, żebyś poczuł – bluesa, ciszę między nutami, ten dym z klubu, którego już dawno nie ma.
„Song for My Father” Horace Silvera. – utwór, który zaczyna się bossa novą, a kończy jak modlitwa.
To właśnie Silver – prosty, melodyjny, ale nigdy banalny.
Jego fortepian ma w sobie coś z opowieści dziadka – nie przytłacza, tylko prowadzi przez historie z życia.
Nie, nie opiszę wszystkich płyt z tej serii jakie mam w kolekcji.
Sięgnijcie po nie sami bo wiem, że każda jest warta swoich pieniędzy.
Oczywiście, można te reedycje puścić z dowolnego sprzętu, byle igła była dobra, gramofon wypoziomowany, a płyta czysta jak poranek po deszczu.
Ale jeśli ktoś mnie zapyta:
„A na czym to najlepiej brzmi?” – odpowiem bez wahania: na wzmacniaczu lampowym.
Bo tu nie chodzi tylko o jakość dźwięku.
Chodzi o charakter, o to, że gdy odpalisz system z lampami – nawet zanim winyl się rozkręci – w pokoju zaczyna się magia.
Ciepłe światło żarzących się lamp.
I to uczucie, że zaraz wydarzy się coś ważnego, choć jednocześnie tak zwykłego.
Classic Vinyl brzmi na “lampach” tak, jak został pomyślany: z miękkim atakiem, z naturalną średnicą, z tym całym „mięsem”, które ciężko uchwycić w wersjach cyfrowych.
Trąbka Morgana nie syczy, tylko śpiewa, kontrabas Horace’a Silvera nie dudni, tylko opowiada, Hammond Larry’ego Younga nie brzęczy, tylko unosi mrucząc jak stara lada chłodnicza w sklepie GS-u.
Nie chodzi o analitykę.
Nie chodzi aż tak bardzo o rozdzielczość.
Chodzi o frajdę.
O to, że siedzisz w fotelu, winyl się kręci, a Ty czujesz się jak na koncercie, którego nie było – ale którego i tak nie zapomnisz.
Dlatego dla mnie Classic Vinyl Series to zaproszenie do powolnego słuchania, z czułością, z uwagą, a najlepiej – z lampą w torze i jazzem w duszy.
Na półce mam już kilkadziesiąt tytułów z Classic Vinyl, i wiesz co?
Czasem stoję przed regałem i wybieram płytę nie według tytułu, nie według artysty.
Tylko według etykiety i jak widzę niebieską nutkę na winylu, wiem, że będzie dobrze.
Bo jazz nie musi być trudny.
Czasem wystarczy po prostu włączyć „Unity” i zamknąć oczy.
Albo puścić „Go!” Dextera i pozwolić sobie na uśmiech. Tak jak mówił sam Lou Donaldson:
„It’s got to have a beat, and it’s got to have a feeling.” (musi mieć rytm, musi mieć nastrój)
I wiesz co?
Classic Vinyl Series właśnie to ma.
Poniżej chronologicznie reedycje wydawnicze Blue Note na winylu, ich opis i ocena
1. Blue Note 75 (BN75)
Rok powstania: 2014 z okazji 75-lecia wytwórni Blue Note
Wydawca: Universal Music Group (UMG) — w tym czasie właściciel katalogu Blue Note
Cechy:
Winyle tłoczone głównie w Rainbo Records (USA) — niestety ze słabą reputacją,
Źródła cyfrowe – większość tytułów zremasterowana z plików hi-res, nie z taśm analogowych,
Brak informacji o masteringowcu lub niskiej jakości mastering,
Okładki miękkie, często niskiej jakości,
Wiele egzemplarzy miało problemy z jakością tłoczenia – trzaski, krzywe płyty.
Ocena: Seria ważna archiwalnie, ale krytykowana za jakość dźwięku i wykonania. Dobra jakość tylko w kilku wyjątkowych tytułach.
3. Tone Poet Series
Od: 2019
Wydawca: Blue Note / Universal (produkcja nadzorowana przez Joe Harley, czyli „Tone Poeta”)
Cechy:
Produkcja: RTI (USA) – najlepsze tłoczenie w tej klasie,
Mastering AAA z oryginalnych taśm przez Kevina Graya,
Luksusowe wydania: grube gatefoldy, dokładne odwzorowanie oryginalnych okładek i zdjęć Francisa Wolffa,
180g winyle, audiofilskie standardy,
Wiele tytułów to mniej znane, rzadko wznawiane perełki Blue Note.
Ocena: Najwyższa jakość audio i edytorska. Dla kolekcjonerów i audiofilów. Droższa (ok. 200–450 zł/szt.), ale warto.
2. Blue Note Classic Vinyl Series
Od: 2020
Wydawca: Blue Note / Universal, ale dystrybucja i produkcja pod egidą Blue Note Records pod kierownictwem Don Wasa
Cechy:
Winyle tłoczone w Optimal (Niemcy) lub RTI (USA) – dużo lepsza jakość niż BN75,
Mastering z oryginalnych taśm analogowych (AAA),
Remastery wykonuje Kevin Gray (Cohearent Audio),
Okładki standardowe (single sleeve), bez gatefoldów,
180g winyle, dobra relacja ceny do jakości .
Ocena: Świetna seria dla osób szukających dobrej jakości analogowego dźwięku bez przepłacania. Zdecydowanie lepsza niż BN75.