Najlepsze albumy koncertowe Ozzy’ego Osbourne.

 

 

Black Sabbath choć rozpoczynał karierę w czasach gdy królował hard rock niewątpliwie w największym stopniu przyczynił się do powstania Heavy Metalu.

Bez  ciężkich, ołowianych i prostych riffów Tonyego Iommy i specyficznie mocnego czystego głosu Ozzyego zapewne nie było by Metalliki takiej jaką znamy czy ogólnie thrash metalu.

Hetfield powiedział kiedyś: „Sabbath to nasz fundament, ich riffy to nasz alfabet.”

Black Sabbath miał kilku woklaistów na przestrzeni lat ale to Ozzy jest tym pierwszym i jedynym “koszernym ” głosem Sabbathów.

Niestety ani Ozzy Osbourne ani Ronie James Dio już nigdy nie zaśpiewają z Tonym Iommy a to chyba dwóch wokalistów, którzy najmocniej identyfikują tą grupę.

Ja osobiście uważam, że Black Sabbath zaczął się od Ozziego i bez niego nigdy już nie będzie całością. Bez Ozziego nie ma Sabbatów.

Ale dzisiaj chce napisać o trzech, według mnie najciekawszych fonograficznych  dokonaniach koncertowych z udziałem Ozzy’ego Ozbourne. To płyty, które definiują zarówno Sabbathów jak i  Ozzy’ego.

 

Wszystko zaczęło się od dźwięku dzwonu i trzech ponurych dźwięków gitary. Kiedy w 1970 roku Ozzy Osbourne, były rzeźnik z robotniczego Birmingham, zaśpiewał „What is this that stands before me?”, nikt jeszcze nie wiedział, że właśnie narodził się heavy metal. Black Sabbath – zespół czterech młodych facetów, którzy chcieli grać bluesa, ale przypadkiem stworzyli coś mroczniejszego – zmienił muzykę na zawsze. Tony Iommi grał riffy jak dźwięki piekielnego młota, Geezer Butler pisał teksty o wojnie, okultyzmie i lęku, a Ozzy… był jak prorok apokalipsy z mikrofonem w ręku.  Ich duch wisi nad każdą kapelą, która kiedykolwiek grała z przesterowanymi gitarami  i zadała sobie pytanie, co czeka nas po śmierci.   Ozzy przez dekady był twarzą tej ciemnej rewolucji  z Sabbathowego wokalisty stał się solową legendą, ikoną popkultury i na starość… znów prorokiem dla wyznawców ciężkiego rocka.

A gdy w 2025 roku zmarł, świat metalu poczuł, jakby zgasło ostatnie światło nad fabrykami w Birmingham. Zostały jego krzyki, szepty, jęki i śmiechy, na płytach, które dziś brzmią jak epitafium i testament.

Trzy koncertowe albumy to nie tylko dokumenty swojej epoki , ale rozdziały opowieści o narodzinach metalu, o przyjaźni, rozpadzie, o bólu i o powrocie.

I o tym, jak Black Sabbath zmienili  muzykę rockową.

 

  1. Black Sabbath – Live at Last (nagrana w 1973, wydana dopiero 1980)

 

Brzmi bardzo surowo i ciężko zaś historia tego albumu to kant i oszustwo dokonane na członkach zespołu przez Patricka Meehana, byłego menadżera Sabbathów. Ten gość jak rasowy gangster po prostu ukradł te nagrania i wydał je bez wiedzy i zgody zespołu.    Muzycy w okresie gdy album się ukazał (1980) byli na ostrym rozdrożu,  skłóceni z branżą i sobą nawzajem.  Ozzy nienawidził tej płyty. Oficjalnie zespół dystansował się od niej przez lata. Dopiero pod koniec lat 80. i w latach 90. Black Sabbath pogodził się z jej istnieniem  i wydał  ją legalnie, jako CD z autoryzacją, potem ukazywała się również w składance  Past Lives. Pierwotne nagrania poprawiono i w tym remiksie brzmi nieco lepiej od oryginału z 1980 roku.  Wracając do 1973 roku, w którym dokonano nagrań, członkowie Black Sabbath zaczęli się wyraźnie od siebie oddalać z kilku powodów zarówno osobistych, jak i zawodowych. Choć nie doszło wtedy jeszcze do oficjalnego rozpadu, ten okres był początkiem wewnętrznych tarć, które w kolejnych latach doprowadziły do kryzysu. Niewątpliwie  miało na to wpływ przemęczenie i intensywne tempo pracy (Black Sabbath między 1970 a 1973 rokiem wydali aż pięć albumów studyjnych), nieustanne trasy koncertowe i presja ze strony wytwórni odbijały się na zdrowiu psychicznym i fizycznym członków zespołu.   Do tego doszło nadużywanie narkotyków i alkoholu coraz bardziej pogłębiające się uzależnienia, zwłaszcza Ozzy Osbourne i Billa Warda.    Tony Iommi, jako główny kompozytor, zaczął przejawiać coraz większą kontrolę nad brzmieniem zespołu. Inni muzycy zwłaszcza Ozzy, czuli się przez to zepchnięci na margines. Pojawiły się też różnice co do kierunku muzycznego gdzie Ozzy chciał nadal grać ciężkiego rocka i stylistycznie pozostawać w klimatach poprzednich płyt zaś Iommi eksperymentował.   Zespół zaczął mieć  kłopoty z zarządzaniem i pieniędzmi ponieważ był związany fatalnymi umowami menadżerskimi i  przez długi czas był okradany z należnych pieniędzy. Muzycy zaczęli tracić zaufanie nie tylko do menadżerów, ale też do siebie nawzajem.  Latem 1973 roku Black Sabbath rozpoczął sesję nagraniową na nowy album w Los Angeles, ale nic im nie wychodziło.  Dopiero przenosiny do zamku Clearwell Castle w Anglii odblokowały proces twórczy. Jednak to doświadczenie pokazało, jak bardzo byli już sobą zmęczeni.    W 1973 roku Black Sabbath był na szczycie popularności, ale też bliski rozpadu i choć udało im się nagrać znakomity Sabbath Bloody Sabbath, fundamenty pod przyszłe rozłamy były już wtedy mocno naruszone.

“Live at Last” podsumowuje ten okres doskonale.

Muzycznie to nadal klimaty Ozzy’ego  zaś nagrań dokonano w Manchesterze i Londynie w 1973.  Ozzy wrzeszczy jakby właśnie zobaczył piekło. Iommi gra swoje specyficzne riffy a gitara tnie powietrze jak brzytwa zaś całość brzmi bardzo surowo. Warto posłuchać tego koncertu  bo ta “brudna” taśma z wnętrza wulkanu doskonale pokazuje jak narodził się metal, zanim zyskał swoje logo.

 

 

  1. Ozzy Osbourne – Tribute (1987)

 

Po wyrzuceniu z Black Sabbath, Ozzy nieco się pogubił, zaczął ostro pić i ćpać.

I wtedy Randy Rhoads, młody, zdolny jak cholera gitarzysta klasyczny, przyniósł mu nowe życie  i nową energię.  Rhoads był inny niż współcześni mu gitarzyści. Uczył gry na gitarze, nie pił, nie ćpał i grał jakby Bach zamiast organów używał gitary z fuzzem i pieca Marshalla.   Na koncertach z 1980–81 roku stworzyli coś niepowtarzalnego  delikatność i potęgę brzmiena. Ozzy w jednym z wywiadów powiedział: Randy był dla mnie jak brat, jak syn. Uratował mi życie. Rozpoczęła się trasa koncertowa ”Diary of a Madman Tour (1981–1982).   Po sukcesie debiutanckiego albumu Blizzard of Ozz (1980) i jego następcy Diary of a Madman (1981), Ozzy Osbourne wyruszył w trasę koncertową promującą oba albumy.     Randy Rhoads – młody, niezwykle utalentowany gitarzysta – stał się jego muzycznym partnerem i muzycznym objawieniem dla fanów metalu. Ich relacja była intensywna, choć napięta ponieważ Randy był ambitnym muzykiem klasycznym i rockowym, Ozzy – szalonym performerem i alkoholikiem z przeszłością w Black Sabbath.  W składzie koncertowym znaleźli się: Ozzy Osbourne – wokal, Randy Rhoads – gitara, Rudy Sarzo – bas, Tommy Aldridge – perkusja, Don Airey – instrumenty klawiszowe    Trasa była długa i wyczerpująca a zespół grał niemal bez przerwy. Randy coraz bardziej dawał do zrozumienia, że chce odejść – planował grać nieco inne klimaty, kontynuować edukację muzyczną, być może w klasycznym kierunku.   Rankiem 19 marca 1982 roku, zespół zatrzymał się w pobliżu miasta Leesburg na Florydzie. Zatrzymali się na nocleg w autobusie zaparkowanym przy domu znajomego kierowcy i zarazem pilota, Andrew Aycocka. Na posesji znajdował się mały hangar i lekki samolot Beechcraft Bonanza F35. Aycock zaproponował pasażerom „przeloty widokowe”. Najpierw poleciał z Donem Aireyem i menedżerką Sharon Osbourne. Potem zabrał na pokład Randy’ego Rhoadsa, Rachel Youngblood (makijażystkę) i… po chwili doszło do tragedii.    Podczas trzeciego przelotu Aycock zaczął szaleńczo manewrować, próbując lecąc bardzo nisko by obudzić  śpiącego w autobusie Ozzy’ego. Stracił panowanie nad maszyną. Samolot uderzył w dach autobusu, a potem rozbił się o garaż i zapalił.    Wszyscy troje – Randy Rhoads (25 lat), Rachel Youngblood i Andrew Aycock – zginęli na miejscu. Ozzy był zdruzgotany. Mówił później, że Randy był dla niego „jak syn” i że jego śmierć „zabrała część jego duszy”. Odwołano trasę. Osbourne przez kilka dni był w szoku, załamał się psychicznie i ponownie popadł w uzależnienie.

Album Tribute ukazał się pięć lat po śmierci Rhoadsa, w 1987 roku. Zawiera nagrania koncertowe z lat 1981–1982, głównie z występów w Cleveland i Montrealu.  Tracklista zawierała klasyki z obu albumów Ozzy’ego:

„I Don’t Know”, „Crazy Train”, rewelacyjna wersja „Mr. Crowley” z genialną solówką Randiego, „Suicide Solution oraz „Paranoid” z czasów Black Sabbath.   W utworze „Suicide Solution” – Randy gra dzwięki pełne energii, klasycznej precyzji i ekspresji, która na żywo robiła ogromne wrażenie.  Produkcją płyty zajęli się Ozzy Osbourne i Max Norman, a wewnętrzna część koperty  zawiera wzruszający list Ozzy’ego do Randy’ego, wspomnienia o jego muzykalności i osobowości.  To najpełniejsze koncertowe świadectwo geniuszu Randy’ego Rhoadsa, którego życie i kariera zakończyły się tragicznie zbyt wcześnie.   Dla wielu fanów i muzyków jest to album-wspomnienie, hołd dla młodego talentu, który mógł zmienić oblicze heavy metalu.    Płyta zyskała uznanie krytyków, stała się klasykiem koncertowych albumów lat 80. i do dziś inspiruje gitarzystów na całym świecie.    Nagrania na „Tribute” pochodzą z dwóch różnych tras i miast:   większość materiału zarejestrowano 11 maja 1981 roku w Cleveland (Music Hall),   kilka fragmentów, np. „Goodbye to Romance” i solo Randy’ego w Montrealu, 28 lipca 1981.

Wszystkie te nagrania zostały zarejestrowane analogowo  ponieważ w 1981 roku technologia cyfrowa w nagraniach live była w fazie eksperymentalnej ( niezwykle drogi rejestrator Sony PCM-1600 istniał, ale niemal nikt go nie używał w trasach). Dlatego zarejestrowano materiał na taśmach analogowych typu multitrack, co później wymusiło spore wyzwania przy miksie i edycji. Co interesujące nagrania z tej trasy pierwotnie nie były planowane na wydanie płytowe. To były robocze rejestracje trasy, dla ewentualnego wykorzystania promocyjnego, archiwalnego lub „na wszelki wypadek”.   Materiał miksowano  w czasie, gdy cyfrowy mastering dopiero raczkował.  Producent Max Norman próbował poprawić brzmienie za pomocą dostępnej ówcześnie technologii, ale wtedy nie istniały jeszcze cyfrowe  “narzędzia'” postprodukcyjne  umożliwiające  całkowite odszumianie  nagrań, wielopasmowy mastering czy korekcje fazy między mikrofonami. Niektórzy zarzucali że “Tribute” to „cyfrowy chłód” w porównaniu do surowej energii koncertów, ale  ten album to nie tylko hołd.   To krzyk. To miłość, którą słychać w „Mr. Crowley”, w rozpaczliwym „Goodbye to Romance”, czy instrumentalnym „Dee” utworze, który Randy napisał dla swojej matki.

Pierwsze wydanie winylowe – 1987

Label: Epic / CBS (USA, Europa, Japonia)

Data premiery: marzec 1987 Wkładka zawierała wzruszający list Ozzy’ego do Randy’ego i czarno-białe fotografie z trasy.

Winyl zyskał dobrą opinię, choć nie był spektakularny brzmieniowo z uwagi na tłoczenie z cyfrowego mastera, co w oczach purystów analogowych było kontrowersyjne.

Wydanie CD – 1987  Epic / Sony wypuściło płytę na CD w tym samym roku.

Mastering był już w pełni cyfrowy (AAD) – nagrano analogowo, zmiksowano i zmasterowano cyfrowo. Jakość CD była wyższa niż winyla pod względem zakresu dynamiki i braku szumów, ale dźwięk był dość „płaski”.

“Tribute” to nie jest zwykły album. To pomnik dla być może największego przyjaciela Ozzy’ego, zbudowany z dźwięków.

 

 

  1. Black Sabbath – Reunion (1998)

 

Po 20 latach – powrót klasycznego składu i Birmingham, miasto, od którego wszystko się zaczęło.  Na scenie: Ozzy, Iommi, Geezer i Bill Ward. Wszyscy po przejściach, ale razem.

To nie młodzieńcza wściekłość – to świadomość wagi chwili.

„Iron Man” – powolny, masywny, bez litości, „War Pigs” – manifest dla nowych pokoleń, „Children of the Grave” – sabbathowy marsz śmierci.  Są też dwa nowe utwory – „Psycho Man” i „Selling My Soul”.   Nie przejdą do historii, ale mają wartość symboliczną: to głos zespołu, który się pogodził i zamknął koło. ten czas, i ten album to przełamanie lodów. Choć Ozzy Osbourne został wyrzucony z Black Sabbath w 1979 roku,a jego relacja z Tonym Iommim, głównym architektem dźwięku Sabbath pozostawała napięta przez lata, to jednak współpracowali epizodycznie (m.in. na Live Aid 1985 i Costa Mesa Reunion Show 1992).  Jednak  nie mogli znaleźć wspólnego języka na dłużej. Dopiero w drugiej połowie lat 90. zaczęło się zmieniać:   Ozzy był po sukcesach solowych, ale znużony ich formułą.   Tony Iommi miał problemy z kolejnymi składami Sabbath (z Tony’m Martinem, Dio).    Sharon Osbourne (żona Ozzy’ego) przejęła część zarządzania i zaczęła dążyć do reaktywacji klasycznego składu.     W latach 90. wzrosło zainteresowanie klasyką metalu. Wydania reedycji albumów Black Sabbath przez Castle Communications i Rhino Records odświeżyły ich pozycję w kulturze. Fani domagali się „oryginalnego Black Sabbath”.   Ostatecznie 4 i 5 grudnia 1997 roku w Birmingham rodzinnym mieście zespołu odbyły się koncerty klasycznego składu (Ozzy, Iommi, Geezer, Ward).      Nagrania rejestrował zespół realizatorów pod kierunkiem Thoma Panunzia (wieloletniego współpracownika Ozzy’ego).   Miksem zajął się Bob Marlette – znany z produkcji dla Alice Coopera, Roba Zombiego, Seether.   Brzmienie jest czyste, nowoczesne jak na lata 90., ale z zachowaniem klasycznej ciężkości Sabbathów.   Perkusja Billa Warda była wspomagana technicznie, ponieważ ze względu na stan zdrowia miał ograniczenia gdy wcześniej doznał epizodu arytmii serca, który wywołał alarm u lekarzy.   lekarze ostrzegli, że pełny koncert może być ryzykowny dla życia, jeśli nie zostanie odpowiednio przygotowany i monitorowany.  Mimo to Ward podjął ryzyko i wystąpił.   Grał mniej intensywnie, momentami uproszczone wersje swoich klasycznych partii (niektóre fragmenty mogły być wspomagane dodatkową perkusją z offu),  miał monitorowany puls i ciśnienie przez cały występ.

Album zawiera dwa nowe studyjne kawałki:

„Psycho Man”

„Selling My Soul”

Kiedy w 1998 roku Ozzy i Iommi postanowili dograć dwa nowe utwory studyjne do koncertowego „Reunion”, Bill Ward nie był w stanie wziąć w nich udziału ze względu na zły stan zdrowia.  Pozostali muzycy zdecydowali użyć programowanej perkusji w „Psycho Man” i „Selling My Soul”. Nie było to dobrze przyjęte przez fanów, a Bill później mówił:  „Nie wiedziałem, że użyją automatu perkusyjnego – to było dla mnie bolesne”.  Są to jedyne premierowe utwory klasycznego składu między 1978 a 2013.   „Reunion” był wielkim sukcesem komercyjnym (ponad milion sprzedanych kopii w USA, status platyny), Ozzy nie zdecydował się na pełny powrót do Black Sabbath – skupiał się na swojej karierze solowej.   Wydanie „Reunion” udowodniło, że Sabbath nadal mają fanów i mogą tworzyć razem.    Dopiero w 2011–2012 rozpoczęto prace nad 13, czyli ich ostatnim albumem z Ozzym i Geezerem (bez Warda).    Bill Ward miał już wtedy ponad 50 lat i przez dekady zmagał się z alkoholizmem i uzależnieniem od narkotyków szczególnie kokainy.

wersje i wydania:

CD standard (1998)  –  2 płyty, z koncertem + 2 nowe utwory, rozkładane digipacki lub jewel case.

Winyl (USA, EU) 3xLP –  limitowany nakład, wysoka jakość tłoczenia ( remasterowana przez Music on Vinyl)

Wydanie deluxe / reedycje (2013, 2020)   –    Zremasterowane brzmienie, czasem z dodatkowymi grafikami, ale bez nowej muzyki.

 

 

Dlaczego namawiam was do sięgnięcia po te trzy albumy koncertowe?

Bo  Ozzy już nigdy nie zaspiwea  a Sabbath nie zagra w oryginalnym najbardziej klasycznym składzie.

Ozzy, Książe Ciemności zmarł lecz zostawił dźwięki, które zmieniły muzykę na zawsze.

Bo Black Sabbath stworzyli język metalu, którym dziś mówi Hetfield, Anselmo, Grohl i setki innych. Bo te trzy koncerty to nie tylko muzyka – to opowieść o narodzinach, śmierci i odkupieniu.

„Live at Last” – to surowy w odbiorze początek i narodziny metalu.

„Tribute” – to serce pęknięte na pół i gitarowy geniusz, który w tragiczny i absurdalny sposób odszedł  zbyt wcześnie.

„Reunion” – to ostatni zapis fonograficzny grupy w klasycznym składzie gdy cała czwórka spojrzała w oczy swoim demonom i zagrała jak za dawnych lat. (Oczywiście nie licząc  pożegnalnego koncertu Ozzy’ego tuż przed śmiercią,  lecz na razie to wydarzenie nie ukazało się jako wydawnictwo fonograficzne)

Ozzy odszedł, ale jego głos jeszcze długo będzie krążył w powietrzu.

Wystarczy włączyć którykolwiek z tych albumów – i wszystko wraca.

Słuchajcie albumów głośno. Słuchajcie najlepiej  w nocy.

Nie z powodu nostalgii ale dla prawdy, która z tych płyt wyłazi jak dym z przesterowanego Marshalla.

Spoczywaj w pokoju, Ozzy.

Tekst i zdjęcia R Bajkowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *